Deviant Login Shop  Join deviantART for FREE Take the Tour
×

:iconwhitebag: More from WhiteBAG


More from deviantART



Details

Submitted on
August 6, 2011
File Size
29.4 KB
Link
Thumb

Stats

Views
183
Favourites
8 (who?)
Comments
8
Downloads
1
×
Rozdział 10 – Pomocna dłoń kobiet

-Cody ma kłopoty. – wyszeptała Alexa, wpatrując się w okno. – Czuję to.
-Nie przesadzaj. – mruknął Noxar, tasując talię. Odwiedzał ją niemal codziennie, żeby dotrzymać jej towarzystwa. Oboje bardzo polubili grać ze sobą w karty.
-Czy nie powinniśmy pójść do kogoś, kto mógłby nam dać przepustkę na opuszczenie Miasta? – spytała.
-A po co? – Noxar uniósł wzrok znad kart.
-Moglibyśmy się przejść, choćby nad Jezioro. Nigdzie dalej. Po prostu, żeby się popytać, czy go nie widzieli...
-Przejść się ot tak, to niegłupi pomysł, ale kto dałby ci zgodę na opuszczenie Miasta? Znasz kogoś, kto dałby ci po znajomości?
-A twój tata?
   Noxar prychnął.
-Harvey Sadusky jest zbyt zajęty.
   I w istocie tak było. Właśnie w tym momencie wpadł do pomieszczenia swoich podwładnych, wypełniony kamerami i monitorami.
-Czy ktoś może łaskawie powiedzieć mi co tu się dzieje? – spytał Przełożony.
-Laboratorium eksplodowało. – pisnął ktoś.
-JAK TO?
   Wszyscy skulili się, okrywając się szczelniej fartuchami, chowając się za podkładkami, wśród danych.
-No dobra. – przełożony pokiwał głową, zaciskając zęby. Jego wzrok potoczył się wściekle po pomieszczeniu, a jego ręce wylądowały na jego biodrach. – Czy ktoś przeżył?
-W ostatnim momencie ktoś wybiegł z laboratorium. Chyba jakiś eksperyment. – odpowiedziano mu. – Był przechowywany w sali 13.
-Czy to on spowodował wybuch?
-Raczej nie. Źródło eksplozji pochodziło z innej sali.
   Przełożonemu pokazano kamery rozmieszczone wokół, a także wewnątrz budynku. Na początek wszystko się zatrzęsło. Następnie buchnął ogień w sali 666. We wszystkich salach naraz eksplodowały słoje z eksperymentami. Jeden z eksperymentów, ten z sali 13, był przytomny, a jako sam eksperyment już prawie ukończony. Ociekając formaliną, wybiegł na długich, patykowatych nóżkach z sali 13, dalej po schodach w dół, aż do wyjścia. Kilku Wtajemniczonych pobiegło za nim, jednak żaden nie przeżył wybuchu. I chociaż sam eksperyment zdążył wybiec z laboratorium w porę, siła eksplozji wystrzeliła go w powietrze. Ostatnie sekundy nagrania pokazywały, jak rozpaczliwie próbuje machać skrzydłami, by wznieść się w powietrze, jednak bezskutecznie. Padł na twardy grunt kilkadziesiąt metrów dalej – wtedy nagrania z kamer urwały się.
-Szczęśliwa trzynastka. – Przełożony uśmiechnął się nikle. – No dobrze, chłopcy. – wyprostował się, zacierając dłonie. – Trzeba go złapać.
   Harvey Sadusky postanowił się zająć eksperymentem, który przeżył, ale za nic w świecie mu do głowy nie przyszło, żeby sprawdzić, czy przetrwały inne obiekty genetyczne.
   Bo tak się złożyło, że przeżył także eksperyment numer 666, który siedział pośrodku roztrzaskanego słoja. Dookoła, w formalinie, pływały martwe ciała Wtajemniczonych, w tym również i wampir, który oprowadzał Cody'ego.
-Głupcy. – wyszeptała Ona. – Oczywiście, że was słyszałam.
   Miała nieziemski słuch. Słyszała każde słowo, które wypowiadał Harvey Sadusky, pochylony nad eksperymentem 13, kilkaset metrów od miejsca w którym tkwiła Ona. Poczekała, aż jajogłowi zabiorą nieudany eksperyment ze sobą. Gdy uznała, że już czas się poruszyć, gwałtownie wystrzeliła w powietrze.
   Z zawrotną prędkością leciała do góry, ku sztucznemu niebu. Po pełnym dniu podróży dotarła do sklepienia jaskini, gdzie nie było już błękitu, a czerń, trochę jak w małym kosmosie. Dopiero gdy znalazła się na samiutkiej górze, zawróciła na Północ, lecąc dalej, ku swojej stwórczyni.

-SETH! CODY! – krzyczał obolały Jack, jednak nie doczekał się żadnej odpowiedzi.
-Może już przestaniesz? – rozzłościła się Laura, chodząc dookoła i zbierając to, co uratowało się od utonięcia.
-SETH! CODY! – Jack nie dawał za wygraną. On i Laura stali niedaleko wraku, na prawym brzegu rzeki. – A to był taki piękny statek...
-I spisał się świetnie, ale musimy iść dalej! – fuknęła Laura. – Później pomyślimy jak wrócimy do domu.
-Iść dalej? – powtórzył Jack głucho, odwracając się w jej stronę. – A co z Sethem i Codym?
-Posłuchaj mnie, Jack. – mruknęła Laura, podnosząc z ziemi kompas. – Wiem, co przeżywasz, bo czuję się dokładnie tak jak ty, ale trzeba myśleć praktycznie. Co by zrobił Seth, gdyby znalazł się na twoim miejscu?
-Próbował by mnie odszukać.
-A jeśli jednak by cię nie znalazł?
-Starałby się ukończyć swoją misję. – Jack wzruszył ramionami i spuścił głowę. – Poszedłby na Północ.
-A co zrobiłby Cody?
-On też zrobiłby to samo. – bąknął Wolfgang, wzdychając ciężko.
-Jack. – położyła mu rękę na ramieniu. – Spójrz na mnie.
   Wilkołak powoli podniósł wzrok.
-My też musimy tak zrobić. – powiedziała Laura nieustępliwie. – Musimy myśleć tak jak Seth, i tak jak Cody. Szukaliśmy ich, ale ich nie znaleźliśmy. Być może przeżyli, ale nie mamy jak teraz tego sprawdzić. Musimy iść dalej, Jack. MUSIMY. A po za tym... – zdjęła rękę z jego ramienia. – Nie mam zamiaru czekać na nich tutaj, gdzie coś może wyjść z lasu i tak po prostu mnie pożreć.
-Nie, oczywiście, że nie. – Jack potrzasnął gorliwie głową, nerwowo zerkając w stronę dżungli.
-Więc pomóż mi zbierać te rzeczy. – zachęciła go dziewczyna. – Zobacz, uratowało się trochę jedzenia. A tam jest chyba nawet jeden z plecaków. A później pójdziemy wzdłuż rzeki. A może Seth i Cody także poszli w tamtą stronę, kiedy nie mogli nas znaleźć, jak myślisz?
   Jednak Jack nie odpowiedział, bo nagle w krzakach coś się poruszyło. Wilkołak wpatrzył się w tamto miejsce i wyjął browninga, tak na wszelki wypadek. Krzaki znów się poruszyły, a po chwili wyskoczyła z nich...
-Wiewiórka. – wymamrotał Jack. – To tylko wiewiórka! – dodał z ulgą, po czym zaczął się śmiać. Zwierzątko wystraszyło się i uciekło na drzewo, jednak widok gryzonia napełnił Jacka otuchą i ulgą.
   Pomagał Laurze zbierać z ziemi różne przedmioty, dopóki nie poczuł czegoś dziwnego. Chociaż stał w miejscu, czuł się tak, jakby szarpał się na wszystkie strony.

Jack-Voodoo oswobodził już jedną nogę i teraz było mu już o wiele łatwiej wydostać się spod więzów.
   On i Seth leżeli na brzegu, jednak, szczęśliwie dla Voodoo, Seth był nieprzytomny. Oberwał ostro po głowie, gdy wpadł do wody, między toczące się kamienie. Voodoo, którego trzymał kurczowo przy sobie, trochę załagodził wypadek, jednak to nie uchroniło Browna od stracenia przytomności, gdy zbyt długo przebywał pod wodą, pod kamieniami.
   Na szczęście się nie utopił, bo Voodoo wypływał na powierzchnie jak gąbka. Prąd wyrzucił ich obu na brzeg. Lalka przetoczyła się na bok, wyrywając się nieprzytomnemu wilkołakowi, po czym zaczęła się szarpać tak długo, aż oswobodziła jedną nogę. Uniosła ją i naparła na więzy, aż oswobodziła drugą kończynę. Teraz mogła już wstać. Trochę niezdarnie, podeszła do Setha, i zaczęła go kopać, za wszystkie krzywdy, jakie jej wyrządzono na statku. W końcu jednak przestała, pochyliła się nad Brownem i przeszukiwała jego kieszenie tak długo, aż znalazła nóż. Troszeczkę jej to zajęło, ale w końcu przecięła pozostałe sznury, które krępowały jej ruchy.
   Jack-Voodoo trzymał w dłoni nóż i znów był wolny. Seth leżał u jego stóp bez świadomości. Lalka postanowiła, że najpierw zabije jego, a potem wbije nóż w samą siebie, tym samym zabijając Jacka. Będzie umierał długo. Bardzo, bardzo długo...
   Uniosła nóż nad ciałem Setha, gdy nagle zza drzew wyskoczyła jakaś postać.
   Jack-Voodoo zatrzymał się, zaskoczony. Ku niemu biegła wilkołacza kobieta, ubrana jedynie w przepaskę na biodra i na piersi, jak jakaś starożytna Inka. Voodoo nie miał czasu na żadną reakcję. Kobieta wytrąciła mu nóż z ręki jednym kopniakiem.

-Au! – krzyknął Jack, łapiąc się za dłoń.
-Co się stało? – spytała Laura, podchodząc do niego.
   Jack dobrze wiedział. Wbił wzrok w dżunglę po drugiej stronie rzeki.
-Voodoo... – mruknął. – Coś się dzieje z Voodoo...

Kobieta przewaliła lalkę na ziemię i naraz zaczęła szeptać nad nim jakieś złowrogie zaklęcia. W końcu krzyknęła głośno, a z Jacka-Voodoo wyparowało jakiekolwiek życie. Usatysfakcjonowana wilkołaczka kopnęła go mocno w bok.

-Coś się dzieje z Voodoo? – powtórzyła Laura. – Ale co? Czujesz coś jeszcze?
-Nie, już nic nie czuje. – Jack zmarszczył brwi. Aż korciło go, żeby poszukać złowrogiej lalki i sprawdzić co się z nią stało. Laura chyba wyczuła jego emocje, bo powiedziała:
-Musimy już iść. – po czym wzięła go delikatnie za rękę i poprowadziła wzdłuż rzeki. Jack poddał się jej, od razu zapominając o Voodoo.

Kobieta kopała lalkę bez przerwy, chociaż dobrze wiedziała, że ta już się nigdy nie poruszy. Postanowiła zabrać ją ze sobą – trochę materiału zawsze się przyda. Przewiesiła sobie nieruchomą lalkę przez ramię i już miała odejść, gdy o mały włos nie nadepnęłaby na Setha. Przygryzła wargę. Nie mogła zostawić potrzebującego tu, w tym miejscu. Zaraz mogłyby się zlecieć ghule i pożreć go, myśląc, że już nie żyje.
   Wilkołaczka miała w sobie dość siły, by podnieść niemałą sylwetkę Browna i przewiesić go sobie przez drugie ramię. Później wzięła rozpęd i wskoczyła do wody. Wylądowała na jednym z kamieni, ale woda i tak sięgała jej powyżej pasa. Ruszyła przed siebie, ostrożnie stawiając stopy, przeskakując z kamienia na kamień, gdy było to konieczne, aż znalazła się na prawym brzegu rzeki i ruszyła żwawym krokiem przed siebie, na wschód.

Cody powoli odzyskiwał przytomność. Był trochę zaskoczony, że ktoś go niósł, i to w dodatku na ramieniu. Wyglądam tak, jakby mnie ktoś upolował, pomyślał z ironią.
   Odchrząknął znacząco, dając znak, że z nim wszystko w porządku, gdy nagle usłyszał kobiecy głos.
-Skoro już się obudziłeś, to możesz iść sam.
   Jego tajemnicza wybawicielka (albo i oprawczyni – nie wiedział jeszcze z kim ma do czynienia) zrzuciła go brutalnie na ziemię. Cody jęknął i usiadł ociężale, mamrocząc pod nosem.
-Ruszaj się. – warknęła kobieta. Nadal miała na sobie najróżniejsze chusty, jednak przez niewielką szparę na oczy, Cody dostrzegł charakterystyczny nos wilkołaków.
-Jesteś... Jesteś Wtajemniczoną? – spytał niepewnie.
-A skąd! – parsknęła. – To ty nim jesteś.
-Ja... Ja już sam nie wiem kim jestem. – Cody przykrył głowę rękoma. Musiał pomyśleć.
-Wstawaj kochasiu, jeżeli nie chcesz się stać obiadem dla ghuli. Wiesz co to ghule?
-Oczywiście, że wiem. – odburknął Cody, wstając i otrzepując się. – U nas na Pustkowiu kręci się ich całkiem sporo... A tak właściwie to kim ty jesteś, i dlaczego miałbym z tobą iść?
-Zamknij się trochę. – warknęła kobieta. – Drzewa mają uszy.
   Cody zmarszczył brwi.
-Kim jesteś? – powtórzył ciszej, ale bardziej nieustępliwie.
-Pójdziesz ze mną. – odpowiedziała kobieta, wyjmując coś z kieszeni. – Ponieważ mam to i to. – pokazała mu jego nóż i dziennik, po czym schowała je z powrotem do kieszeni.
-Oddawaj! – Cody rzucił się na nią, jednak nie wiadomo jakim cudem, w jej rękach pojawił się karabin, który wycelowany był prosto w McCooka.
-Idziesz ze mną. – wycedziła, chowając broń z powrotem w swoje poły płaszcza.
-No dobra, dobra, nie chcę żadnych kłopotów. – przyznał Cody, unosząc ręce.
-Grzeczny chłopak. – wilkołaczka ruszyła dalej przed siebie, a wilkołak ruszył za nią.
-Dlaczego ukrywasz swoją tożsamość?
-Żeby Wtajemniczeni, tacy jak ty, mnie nie poznali. – odparła.
-Dokąd idziemy?
-Za zachód, do mojego domu. To jedyne w miarę bezpieczne miejsce w całej tej dżungli.
-Za zachód? Nie, nie, nie, ja się muszę dostać na Północ!
   Nie odpowiedziała, tylko obdarzyła go gniewnym spojrzeniem. Cody natychmiast umilkł.

Seth obudził się tak obolały, że nie mógł się poruszyć. Dookoła było dosyć ciemno, ale odkrył, że ktoś zdjął jego ukochaną kurtkę, a on sam leży w łóżku, pod puchową kołdrą, z głową opartą na równie miękkich poduszkach. Łóżko było wykonane z czegoś, co przypominało bambus. Seth odkrył także, że na czole ma zimny okład.
   Zmarszczył czoło. Wyglądało na to, że był w jakimś prymitywnym domu, wykonanym prawdopodobnie głównie z gliny i z kilku zaledwie desek.
   Dom miał tylko jedną izbę, jednak było co całkiem spore pomieszczenie. Łóżko stało przy ścianie, a na przeciwległym końcu widniał kominek, w którym płonął ogień. Ale to nie koniec, bo nad ogniem zawieszony był wielki kocioł, a przy kotle stała postać kobiety, która mieszała zawartość kotła wielką, metalową łyżką.
-Co do... – jęknął, łapiąc się za obolała głowę.
   Jego wybawicielka usłyszała to i odwróciła się, nieco zaskoczona. Gdy zobaczyła, że jej gość się obudził, uśmiechnęła się promiennie. Był to dziwny uśmiech; przypominał szczerzenie zębów, ale zęby wcale się nie stykały. Seth zmarszczył brwi jeszcze bardziej. Kobieta wyglądała jak jakaś dzikuska; była skąpo ubrana, a jej długie, brązowe włosy, sięgające poza jej biodra, były splątane i zakręcone. Jeden dłuższy kosmyk opadał jej wciąż na czoło. Miała także odstające uszy, chociaż znacznie krótsze niż uszy Laury.
   Kobieta wzięła glinianą miskę i nalazła do niej trochę tego, co znajdowało się w kotle; okazało się, że to najzwyklejsza zupa. Podała miskę Sethowi, siadając obok niego na łóżku.
-Kim jesteś? – spytał, podejrzliwie wąchając zupę, w końcu uznał jednak, że nie jest zatruta, więc trochę się jej napił. Była przepyszna.
   Nieznajoma nadal milczała, przypatrując się jego twarzy z uśmiechem. Seth zaczął się rozglądać po jej domu. Swoją kurtkę dojrzał powieszoną nieopodal, na haku wbitym w ścianę. Ku swojemu zdumieniu, pod kurtką dojrzał Jacka-Voodoo zupełnie już sflaczałego i nie poruszającego się.
-Co jemu się stało?! – wykrzyknął zdumiony Brown, wytrzeszczając oczy.
-Zdjęłam z niego urok.
-Ach, to dobrze, bo... Zaraz... Ty mówisz? – spojrzał w jej stronę. – A jednak mówisz. O, no proszę, a ja sobie tutaj siedzę i się zastanawiam; taka miła i grzeczna, ale cicha dzikuska... – Seth umilkł nieco speszony, jednak wydawało się, że jego wybawicielka nie czuje się urażona. – Hm... Więc... Ten Voodoo już jest... Eee...
-Jest tylko przedmiotem. Nikogo już nie skrzywdzi. – miała cichy, nieco chrapliwy głos, jakby nie używała go za często.
   Seth odchrząknął, zdejmując sobie zimny okład z czoła.
-Jestem Seth Brown. A ty jesteś...
-Heathersonheath. – powiedziała szybko.
-Hehedonerhita... – próbował powtórzyć Seth, ale skrzywił się, kręcąc głową. Kobieta roześmiała się głośno. – A jakoś krócej?
-Heather.

-A może powiesz mi chociaż, czy jeszcze długo musimy iść? – sapał Cody, próbując nadążyć za nieznajomą.
-Już niedaleko.
-Mówiłaś to jakieś kilka godzin temu! – jęknął.
-Zamknij się i przebieraj nogami.
-Posłuchaj... No... Ty... Muszę cię przecież jakoś nazywać! Ty znasz moje imię, a ja twojego nie! To nie fair!
-Mów sobie na mnie jak chcesz.
-Dobrze... Aniu... – wilkołaczka skrzywiła się, słysząc swoje nowe imię. – Możemy sobie zrobić małą przerwę? Jestem wykończony. – wydyszał opierając się o drzewo.
-Zbliża się noc. W nocy jest tu szczególnie niebezpiecznie. Jeżeli chcesz tu zostać, to bardzo proszę. – po czym pobiegła dalej przed siebie.
-Nie! Anka! Zaczekaj! – krzyknął Cody, wystraszony, że zostanie sam.
   Po jakiejś kolejnej godzinie, kiedy słońce już prawie zaszło, dotarli na całkiem sporą polanę.
-Łał... – Cody zatrzymał się raptownie, patrząc na widok roztaczający się przed nim.
   Dwa betonowe budynki wznosiły się na samym środku polany. Były otoczone murem, przez który można było przejść jedynie wielką, żelazną bramą. Dodatkowo całość była otoczona brudną fosą.
-Moje małe sanktuarium. – powiedziała „Ania", podchodząc do bramy. Cody podreptał za nią, patrząc na niewielką skrzynkę wystającą ze ściany. Były tam cyfry od 0 do 9. – Muszę wpisać kod. Odwróć się. – nakazała mu. Cody nie chciał się z nią wdawać w dyskusję, więc posłusznie wykonał polecanie, dodatkowo oddalając się od niej kilka kroków.
   Ania wpisała kod i brama otworzyła się.
-Wchodzisz, czy zostajesz? – spytała.
-Wchodzę, oczywiście, że wchodzę. – Cody przeszedł szybko na drugą stronę muru. Ania przeszła za nim, zamykając żelazne wrota na wielką zasuwę. – Sama to wszystko zbudowałaś? – spytał jej gość z niedowierzaniem.
-A skąd. – Ania otrzepała dłonie. – To była kiedyś baza Wtajemniczonych. Kiedy sobie poszli, przywłaszczyłam ją sobie.
   Cody patrzył za zdumieniem na dwa budynki, dookoła których rosły jabłonie.
-Mój mały ogródek. – mruknęła Ania, machając w stronę podwórza. – A to chyba twoje. – dodała, rzucając mu dziennik. – Nóż sobie zatrzymam.
-W porządku. – szepnął Cody z ulgą, przyciskając dziennik do piersi.
   Poszedł razem z Anią do budynku po lewej, oznaczonym cyfrą 1. Weszli do środka. Znaleźli się w jednym z ponurych korytarzy, które Wtajemniczeni mieli zwyczaj umieszczać w swoich budynkach.
-Całkiem jak w domu, co, Cody? – mruknęła Ania ozięble.
-Nie, mój dom wygląda zupełnie inaczej. – McCook pokręcił głową. – Jest miły i przytulny, a mieszkam razem z synem mojego kuzyna, Noxarem.
-Wiem to. – mruknęła Ania zanim zdążyła się ugryźć w język.
-Jak to wiesz? – Cody popatrzył na nią uważnie.
-Kiedyś mieszkałam w Mieście i słyszałam o tobie. – odrzekła Ania wymijająco.
-Och, a więc mnie nasz. – Cody pokiwał głową, nieco zirytowany. – A czy JA dowiem się kiedyś kim TY jesteś?
-Nie. – odparła Ania krótko. – No cóż... Czuj się jak u siebie w domu. Na końcu korytarza jest łazienka, a po drugiej stronie kuchnia. Jestem pewna, że z łatwością znajdziesz też salon, a ja w tym czasie przygotuję dla ciebie jakiś pokój...
-A co jest tu? – spytał Cody, podchodząc do drzwi z napisem „Graciarnia".
-Nie, tam nie wchodź! Tam są... rzeczy osób, które mieszkały tu wcześniej...
   Jednak Cody już wszedł do środka i zapalił światło. Uwielbiał graciarnie, bo można było w nich znaleźć najróżniejsze rzeczy. Ania powoli weszła za nim.
-Hej, zobacz, jakie wielkie walizki! – Cody obrócił jedną, przyglądając się znalezisku. – Chwila moment...
   Cody umilkł, wpatrując się przez chwilę w inicjały FH. Ania wpatrzyła się w swoje stopy.
-To są walizki Florendy Houn... – wyszeptał McCook. – Tak, są tu nawet jej inicjały! A to znaczy, że ona tu była! – spojrzał w stronę Ani, podekscytowany. – Chodź, pomóż mi szukać, może znajdę tu coś jeszcze, co należało do niej...

A ona po prostu stała i patrzyła. – pisał McCook trochę później. – I wtedy zrozumiałem, że... no wiecie... to ONA...

Na twarzy Cody'ego najpierw zagościło zaskoczenie, które powoli zastąpił szeroki uśmiech niedowierzania. Ania chodziła powoli między starymi gratami, a jej oczy zrobiły się puste i smutne. Dotykała z pewną nostalgią starych walizek.

Wiedziałem, że musi trochę ochłonąć, zostawić ją samą, jej sekret się wydał, i tak dalej... Nie chciałem ją zamęczać pytaniami, więc po prostu czekałem w ciszy.

-FLO! TO TY! – wrzasnął Cody, podbiegając do niej. – FLORENDA HOUN! NIE MOGĘ UWIERZYĆ, ŻE ŻYJESZ! BO ŻYJESZ!

To była kwestia szacunku i dobrego wychowania.

-Czemu nie umarłaś, opowiadaj, wszystko od początku, no, już, już już! O rany!
-Cody, Cody, żyłka ci pęknie w głowie... – Flo odrzuciła kaptur, wiedząc, że już nie ma sensu się ukrywać. Wyglądała dokładnie tak, jak ją Cody zapamiętał. Miała znajomy, ciemny łuk brwi kontrastujący z jej długimi blond włosami.
-A niech mnie, no nie wierzę! Wszyscy myślą, że nie żyjesz, ale ty wciąż żyjesz, tylko się ukrywasz, ha, ha! Coś się stało? Coś się stało! Zobaczyłaś coś! Zobaczyłaś coś, czego nie powinnaś zobaczyć, wiedziałem, że tak będzie!
-O czym ty... Teoria spisku? Oszalałeś? – Florenda wyszła z graciarni i ruszyła przeszła do swojego pokoju.
-No ale co...
-Nie chcę teraz o tym rozmawiać. – warknęła, zatrzaskując za sobą drzwi.
   McCook wpatrywał się jeszcze przez chwilę w tabliczkę z napisem „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony", z lekko rozwartymi ustami.
-Aha, czyli, że nie chcesz. – zrozumiał po chwili. – No ale jak już będziesz chciała o tym porozmawiać to... A może teraz? Chcesz pogadać teraz?
-Cody.
-Aha, czyli, że nie. No dobra, to ja będę w tym, no, salonie, co nie...

Dlaczego nie rozpoznałem jej po głosie? Może dlatego, że nie widziałem i nie słyszałem jej przez długi, długi czas. Ale to wszystko zmienia, kurczę, teraz wszystko będzie inaczej. – pisał rozemocjonowany Cody, siedząc w salonie, który Flo przerobiła na całkiem przytulne pomieszczenie. – Jak do tej pory nie wyszła ze swojego pokoju, i chyba dzisiaj już z niego nie wyjdzie. Ale jest tu sprawna łazienka, więc zaraz pójdę się umyć i zasnę chyba tu, na tej kanapie w salonie. A z Florendą porozmawiam jutro. W końcu kiedyś musi wyjść z tego swojego pokoju i wszystko mi wytłumaczyć. Mam tyle pytań...
-Florenda Houn żyje! Ha, ha! – Cody był tak szczęśliwy, że padł na sofę śmiejąc się tak mocno, że aż nie mógł się podnieść.

CDN
SORRY! Only in Polish!!!

Główni bohaterowie spotkają się prawdopodobnie dopiero wtedy, gdy będą wracać do domu...
Add a Comment:
 
:iconravenixe:
Ravenixe Featured By Owner Aug 8, 2011
Bohaterowie sie rozdzielili. To teraz już robi się coraz ciekawiej. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału :)
Reply
:iconwhitebag:
WhiteBAG Featured By Owner Aug 8, 2011  Hobbyist Digital Artist
Niedługo dodam, może nawet dwa :D
Reply
:iconravenixe:
Ravenixe Featured By Owner Aug 8, 2011
O! To miło :D
Reply
:iconelianess:
ElianeSS Featured By Owner Aug 7, 2011  Hobbyist Artist
Japierdolę.
Teraz to się wszystko zjebało.
Reply
:iconwhitebag:
WhiteBAG Featured By Owner Aug 8, 2011  Hobbyist Digital Artist
Mówiłam, żebyś się wstrzymała z tymi zaręczynami |D Planowałam to od początku <3 Trzeba trochę pokomplikować sytuacje >D
Reply
:iconelianess:
ElianeSS Featured By Owner Aug 8, 2011  Hobbyist Artist
Nie chodzi mi akurat o zaręczyny, tylko o fakt, że pojawiła się Florenda. Nie jestem z tego faktu zadowolona.
Reply
:iconwhitebag:
WhiteBAG Featured By Owner Aug 8, 2011  Hobbyist Digital Artist
Wiedziałam, że nie będziesz |D Ale spokojnie, poczekaj spokojnie na kolejne rozdziały, a zobaczysz... że sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana niż ci się wydaje |D
Reply
:iconelianess:
ElianeSS Featured By Owner Aug 8, 2011  Hobbyist Artist
Ja wiem, że ty wręcz UWIELBIASZ dawać mi inspirację do kolejnych rozdziałów "Konsekwencji" :XD:
Reply
Add a Comment: