Rozdział 18 – Śmigłowce
Jack i Laura patrzyli w niemym zdumieniu na dziewczynę, po drugiej stronie rzeki.
Wyglądała zupełnie jak człowiek, jeśli nie liczyć tego, że miała tylko jedno, duże oko i to na środku czoła. Klękała przy rzece i nabierała wody do dzbanka. Jednak kiedy tylko ujrzała Jacka i Laurę, pisnęła przerażona, postawiła sobie dzbanek na głowie i odbiegła, klucząc między głazami.
Jakąś godzinę później doszło do kolejnego, niecodziennego spotkania. Otóż ujrzeli olbrzyma, który kroczył na wschód. Wędrowcy stanęli, niezdecydowani, ale kiedy olbrzym ich ujrzał, po prostu ryknął śmiechem, i poszedł dalej w swoim kierunku.
-To miejsce jest po prostu... niesamowite. – westchnął Jack, kiedy teren zaczął się nieznacznie podnosić. – Szkoda, że Cody'ego tu nie ma. Miałby co rysować przez najbliższe sto lat.
-Szkoda, że nie ma tu Setha. – dodała cicho Laura. – On bardzo lubi takie ciche miejsca, nie?
-Ja też za nimi tęsknię. – mruknął Jack, zerkając na dziewczynę.
-Ciekawe czy... – wilkołaczka stanęła, pocierając oczy. – Czy w ogóle przeżyli katastrofę statku. Może już od dawna nie żyją... Może ich ciała pożarły ghule...
-Nie wolno nam tak myśleć. – odparł Jack, podchodząc do Laury i obejmując ją.
Nagle ujrzał coś dziwnego, ponad jej ramieniem i wbił w to wzrok. Wyglądało to jak trzy ciemne punkty, nadlatujące z południa. Przez chwilę miał wrażenie, że to smoki, ale trzy punkty leciały w ich stronę wyjątkowo szybko, i po chwili do Jacka dotarło na co patrzy.
-To niemożliwe... – wyszeptał z lekką zgrozą.
-Może masz rację... – Laura odepchnęła go lekko od siebie. – Może to faktycznie niemożliwe.
-Nie, nie to... Tylko TO! – zawołał, pokazując Laurze to, co zobaczył.
-Co to jest? – spytała, odwracając się i marszcząc brwi.
-Wyglądają jak śmigłowce...
-Co to są śmigłowce? – Laura wyczuła ogromne zaniepokojenie Jacka.
-Ale... Przecież... W Trójkącie nie ma... UCIEKAJ! – krzyknął, ciągnąc ją za sobą.
Biegli przed siebie co tchu. Mieli nieco utrudnione zadanie, bo musieli omijać kamienie, a teren cały czas się wznosił, i nim się obejrzeli byli już na terenie Gór. Trzy śmigłowce Wtajemniczonych latały nad nimi, co chwila się zniżając. Raz nawet otworzyli ogień, ale tylko na moment, zapewne, by pokazać, kto nad kim panuje. Jack i Laura lawirowali między głazami i wzniesieniami, dysząc ze zmęczenia i przerażenia.
W tym napadzie strachu, nie zauważyli, że Wtajemniczeni zaganiają ich w pułapkę. Dopiero, gdy śmigłowce zapędziły ich w kozi róg, w sporej wielkości wąwozie, Jack uświadomił sobie swój błąd.
-A niech to! – warknął, zasłaniając Laurę własnym ciałem i odbezpieczając browninga, na wszelki wypadek.
-Skąd o nas wiedzieli? – krzyczała Laura, żeby przekrzyczeć hałas, jaki tworzyły maszyny.
-Nie mam bladego pojęcia!
I kiedy już im się wydawało, że wszystko stracone, nagle pod nimi otworzyła się zapadnia, a Jack i Laura wpadli z krzykiem pod ziemię.
Otoczyła ich absolutna ciemność oraz cisza. Słychać było jedynie ich szybkie oddechy. Jack podniósł się powoli, pomagając wstać Laurze, po czym po omacku odnalazł latarkę i włączył ją. Światło padło na niewielkiego karzełka, który zakrył się szponiastymi dłońmi.
-Zaraz, nie po oczach! – krzyknął nieco piskliwie.
-Wybacz. – Jack odruchowo zniżył promień latarki. – Jesteś krasnoludem?
-Krasnoludem, myślałby kto! – krzyknął człowieczek. – Żaden krasnolud by wam nie pomógł, one z nikim nie rozmawiają, są w sobie tak zadufane, jak te nieznośne Elfy. Jestem goblinem, rzecz jasna.
-Och, no tak. – Jack kiwnął głową, przewracając oczyma. – Posłuchaj... pomożesz nam?
-Oczywiście, od tego tu jestem, czyż nie? – odparł goblin opryskliwym głosem. – Za mną!
Odszedł korytarzem nieco kaczkowatym krokiem. Laura wymieniła spojrzenia z Jackiem, po czym oboje ruszyli za swoim nieoczekiwanym wybawcą.
-Erm... – zaczął Jack. – Nazywam się...
-Cicho być! Nie chcę wiedzieć! Nic mnie to nie obchodzi! Pomagam wam bezinteresownie i jednorazowo. Nigdy więcej się nie spotkamy, więc po co nam ta znajomość?
Jack skrzywił się, ale nic więcej nie powiedział, tylko przyjrzał się goblinowi. Miał niewiele włosów, był niski i chudy. Posiadał ostre ząbki, oraz duże, czarne oczy i wielkie, odstające, szpiczaste uszy. W tunelu było ciemno jak w smole, goblin musiał mieć więc świetny wzrok.
-Dlaczego nam pomagasz? – odezwał się Jack po chwili.
-Widziałem całą tą akcję z ukrycia. – odparł goblin, nie odwracając się. – Nigdy nie zostawiłbym nikogo na pastwę Wtajemniczonych. Nawet najgorszego wroga.
Szli w milczeniu, maszerując licznymi korytarzami wznoszącymi się stopniowo do góry. Podróż dłużyła się im niemiłosiernie, Laura straciła rachubę w liczbie mijanych korytarzy i liczbie pokonanych zakrętów. Zatrzymywali się niewiele razy i tylko na chwilę. Po dniu wędrówki goblin w końcu zatrzymał się.
-No, jesteśmy na miejscu. – powiedział nieco skrzekliwie. – Tam są drzwi. – dodał, pokazując palcem blachę, w której tkwiła klamka. – Nie musicie dziękować. To cześć.
Po czym oddalił się, i tyle go widzieli.
Wolfgang już chciał pociągnąć za klamkę, kiedy usłyszał głośne ziewnięcie.
-Jack... – sapnęła Laura. – Jestem zmęczona...
-Tak, ja też. – przyznał wilkołak, po czym usiadł pod ścianą. – Odpoczynek dobrze nam zrobi...
Rozłożyli się obok siebie, kładąc głowy na plecaku.
-Zimno mi. – wyszeptała Laura.
-Spokojnie. – Jack przytulił ją. – Ja już wiem jak temu zaradzić.
Ariadna siedziała z plecami opartymi o ścianę i głową spoczywającą na ramieniu Tezeusza. W lochu było ciemno, więc nie widziała wyrazu jego twarzy. Słyszała jedynie jego oddech.
-Czy wydałbyś naszą Wioskę tylko po to, żeby mnie ratować? – spytała cicho.
Minotaur odpowiedział po dłuższym zastanowieniu.
-Nie. – przyznał. – Nie mógłbym poświęcić życia tysięcy, by uratować jedno.
-To dobrze. – odparła dziewczyna. – Nie potrafiłabym żyć ze świadomością, że wszyscy zginęli z mojego powodu.
-Ale nie mogłem ryzykować twojego życia, kiedy spytali mnie o Jacka i Laurę. – dodał, przytulając ją. – Kocham cię.
Nigdy nie mówił jej tego wprost, ale poczuł się naprawdę fantastycznie, kiedy na te słowa Ariadna wtuliła się w niego mocniej, mówiąc:
-Ja ciebie też...
Cody został brutalnie wepchnięty do celi, gdzie padł bez ruchu na podłogę. Drzwi zatrzasnęły się, a w lochu znów nastała ciemność.
-Była tam... – wyszeptał Cody, kiedy Heather i Seth przysunęli się bliżej. – Florenda przyszła na przesłuchanie... Patrzyła się na to, gdy mnie bili... Śmiała się... Miała niezły ubaw...
Poobijany McCook w końcu nie wytrzymał i zaczął szlochać, nie zważając na to, co pomyślą jego towarzysze. Miał już po prostu tego wszystkiego dosyć, a złość, smutek i bezsilność musiały w końcu znaleźć gdzieś ujście.
Tymczasem Florenda po raz kolejny odwiedziła Dextera w jego gabinecie.
-Chce się dowiedzieć, co się tu dzieje. – oświadczyła już od progu. Inkub spojrzał na nią przeciągle, po czym w końcu odezwał się.
-Masz na myśli to, dlaczego tu stacjonujemy?
-Między innymi.
-Cóż... – Wtajemniczony zastanowił się. – Eris chce, żebyśmy wydobyli spod ziemi coś, co jest jej bardzo potrzebne...
-Dlaczego sama tego nie zrobi? – przerwała mu Flo.
-Eris może znikać i pojawiać się jedynie w miejscach, w których już była, a to, czego dla niej szukamy, jest pod ziemią i musimy to dla niej wykopać. – odpowiedział cierpliwie inkub. – Nie wiemy dokładnie co to jest, prawdopodobnie jest to jakiś kryształ o wielkiej sile. Eris od czasu do czasu wpada tu i nadzoruje prace, ale nieczęsto to robi. Ma swoje własne zajęcia.
-Rozumiem. Przynajmniej po części. – Florenda kiwnęła głową.
Po przesłuchaniu Tezeusza za Jackiem i Laurą wysłano trzy śmigłowce i Flo mogła po raz pierwszy ujrzeć maszyny latające na „bio-paliwo", jak to określił Sawyer, stojący obok, przyglądający się śmigłowcom razem z nią.
Jednak właśnie teraz śmigłowce wróciły z niczym. Nie można było powiedzieć, żeby Dexter Robinson był z tego faktu zadowolony.
-Jak to „zapadli się pod ziemię"?! – krzyczał na podwładnych. – Macie tam wrócić i ich znaleźć! Za wszelką cenę! MACIE TU BEZ NICH NIE WRACAĆ!
Kiedy Jack i Laura w końcu się obudzili, zbliżał się poranek, jednak pod ziemią nie miało to żadnego znaczenia. Zabrali manatki, po czym naparli na żelazne drzwi, które otworzyły się z nieprzyjemnym zgrzytem.
Na zewnątrz było jeszcze ciemno, jednak znacznie jaśniej niż w ciemnym tunelu, dlatego zmrużyli nieco oczy. Ich oczom ukazał się zdumiewający widok.
Goblin poprowadził ich dalej w góry, zostawiając w dolince, w środku której widniało sporej wielkości źródło. Od źródła odchodził wąski strumień – to był zapewne początek rzeki i Jeziora. Wilkołaki rzucili się do źródełka, pijąc soczyście źródlaną wodę.
-Wspaniała. – Jack wyszczerzył zęby. – No nic... Czas sprawdzić, gdzie jesteśmy.
Zamknął szczelnie żelazne drzwi, które po drugiej stronie nie różniły się niemalże niczym od skały, którą przed chwilą opuścili. Wspięli się na wzgórze i aż zaparło im dech w piersiach.
Patrzyli na wysokie wzniesienia, które zostawili za sobą, oraz na Głazowisko, i wijącą się wstęgę rzeki, daleko, daleko w dole. A tam, na horyzoncie widać było nawet dżunglę...
-Jesteśmy bardzo wysoko... – wyszeptała Laura, po czym obróciła głowę, patrząc w górę. – I bardzo blisko celu, prawda?
-Tak... – wyszeptał Jack, rozglądając się dookoła. – Zobacz, tam niżej widzę ścieżkę!
-Ścieżka tutaj? – zdziwiła się Laura.
-Chodź, na pewno gdzieś prowadzi.
Zeszli ze wzgórza na wąską ścieżkę, prowadzącą na zachód. Wznosiła się lekko do góry, więc Jack domyślił się, że tak czy inaczej doprowadzi ich do Kąta. Jednak podróż po niej była bardzo trudna, gdyż droga była pokryta gruba warstwą lodu, po obu jej stronach widniała głęboka przepaść, a jakby tego było jeszcze mało, silny wiatr próbował ich zdmuchnąć z obranej ścieżki.
Kiedy dotarli do zakrętu, słońce zdążyło się już wznieść. Byli skrajnie wyczerpani, ale wiedzieli, że przed nimi jeszcze długa droga. Wszystko było pokryte lekką mgiełką, więc nie potrafili dojrzeć, gdzie kończy się ta ścieżka. Mozolnie parli naprzód, na Północ, drogą, która zrobiła się jeszcze bardziej stroma i jeszcze bardziej śliska. Co chwila zjeżdżali kilka metrów z powrotem, i musieli pokonywać te same metry od nowa. Wiatr dmuchał w ich stronę niemiłosiernie.
-Jack, mam już tego dosyć! – krzyknęła Laura. – Wracam!
-Chyba żartujesz! – wilkołak spojrzał na nią, wielkimi oczyma. – Przecież tak niewiele nam brakuje!
-Na pewno jest jakaś inna droga! Po prostu znowu podjąłeś błędną decyzję!
-Więc idź! – warknął Jack, zbyt rozeźlony tymi słowami i zbyt zmęczony, żeby się odgryźć. – Nie potrzebuję cię już! Sam dotrę na szczyt!
Laura zmrużyła oczy z wściekłości i już miała się zsunąć z powrotem, kiedy nagle coś przykuło jej uwagę.
-JACK! – krzyknęła przerażona, a ten odwrócił się mimo woli. – ŚMIGŁOWCE! – wskazała na niebo, po którym znów sunęły trzy punkty.
-No nie, ZNOWU?! – zawył Jack, wiedząc, że tym razem nie będą się mieli gdzie schować.
Maszyny wciąż były bardzo daleko, ale musieli się gdzieś schować i to szybko.
-Wracamy! – pisnęła Laura, mając zamiar zsunąć się po lodzie, kiedy Jack złapał ja za rękę.
-Nie! Musimy się wspiąć na to wzniesienie, zobacz! – wskazał jej w kierunku północnym. – Chyba widać już zakręt ścieżki, widzisz? Skręca na wschód!
-I co z tego?
-Chodź! – Jack pociągnął ją do góry. Pokonywali kolejne metry w wielkim pośpiechu, jednak wciąż za wolno. – Zobacz, będziemy się mogli uczepić skały po drugiej stronie!
-ZWARIOWAŁEŚ? Spadniemy!
-Tylko tam możemy się schować! Widzisz jakieś inne wyjście? Gdybyśmy się wrócili, łatwiej by nas namierzyli!
W końcu dotarli na szczyt wzniesienia, gdzie ścieżka prowadziła w dół, kierując się na wschód. Przeszli po niej kilka kroków, uważając, żeby się nie poślizgnąć, bo mogliby zjechać na sam dół i spaść w przepaść.
-Są już blisko! – krzyknął Jack, obserwując śmigłowce. – Teraz albo nigdy!
Podszedł do przepaści po lewej usiadł na jej brzegu ostrożnie, sprawdzając, czy jest tam jakikolwiek punkt zaczepienia. Odkrył, że poniżej znajduje się niewielka, długa, wąska półka, w sam raz, by oprzeć na niej stopy.
-Chyba jest w porządku... – wymamrotał, zsuwając się na nią powoli.
-Ostrożnie... – wyrwało się Laurze.
Jednak Jack bez przeszkód postawił stopy na półce, palcami trzymając się skalnej ściany.
-Wszystko gra, teraz ty. Ostrożnie. – dodał z lekkim uśmiechem, kiedy Laura stanęła na półce obok niego.
Przywarli do ściany, trzymając się jej kurczowo. Pod nimi rozciągała się ciemna przepaść, a wiatr próbował ich zdmuchnąć prosto do niej, ale odrzucili od siebie ten lęk, nasłuchując maszyn. Ich warkoty było słychać tylko przez chwilę, nawet ich nie zobaczyli. Wtajemniczeni wkrótce odlecieli z powrotem.
-Udało się. – Jack odetchnął z ulgą, przymykając oczy.
-Jesteś wielki. – powiedziała Laura. – Przepraszam...
Jack obdarzył ją uśmiechem, po czym podciągnął się, wchodząc z powrotem na ścieżkę i wyciągając na nią Laurę.
-Na pewno chcesz wracać? – spytał Wolfgang niepewnie.
-Nie. – przyznała dziewczyna, odwracając wzrok. – To była jedynie chwila słabości...
Ruszyli więc dalej, uważając, żeby się nie poślizgnąć. Schodzenie w dół szło im o wiele szybciej niż w górę, ale musieli bardziej uważać. Na szczęście mgła już minęła i wiedzieli dalszą drogę jak na dłoni.
Wkrótce dotarli do kolejnego zakrętu, znów prowadzącego na Północ.
Tym razem jednak wzniesienie było bardzo strome, niemalże pionowe. Na szczęście tu i tam zostały wydrążone uchwyty, które mogłyby ułatwić nieznacznie wspinaczkę.
-Idź pierwsza. – powiedział Jack
-Niby dlaczego? – fuknęła Laura.
-Bo jeżeli zlecisz, to cię złapię. – odparł wilkołak sucho. Dziewczyna patrzyła na niego przez moment.
-Zgoda. – mruknęła w końcu i zaczęła wchodzić po wzniesieniu, chwytając się rękoma uchwytów, żeby nie zsunąć się w dół. Jack ruszył tuż za nią.
Kiedy słońce sięgnęło zenitu, doszli zaledwie do połowy wzniesienia. Wiatr ciskał w nich całą swoją mocą, zrobiło się też znacznie zimniej. Jednak, dzięki Bogu, nie było tu lodu.
-Jack! – krzyknęła Laura. – Ja już dłużej nie mogę...
-Masz zamiar spadać teraz? – spytał Wolfgang ironicznie. – Czy może poczekasz, aż dojdziemy na sam szczyt, żeby pospadać sobie dłużej?
-Mówię poważnie! – jęknęła dziewczyna. – Odpocznijmy gdzieś...
-Wchodź na górę! – przykazał jej.
Houn niechętnie ruszyła dalej. Jack wiedział, że jest taki moment, w którym musisz się zdobyć na nadzwyczajny wysiłek, zarówno psychiczny jak i fizyczny. Jeżeli się poddasz, jeżeli odpoczniesz i zaśniesz, możesz się już nigdy nie obudzić.
Jednak po dłuższej chwili Laura znów się zatrzymała.
-Chcę spać...
-Nie, nie tutaj... – jęknął Jack, popychając ją dalej. – Znajdziemy jakieś lepsze miejsce, na odpoczynek, obiecuję...
-Jack... – szepnęła Laura, przymykając oczy.
-No dalej, chodź... – wilkołak wyrównał się z nią, zarzucając sobie na ramię jej rękę, po czym ruszył dalej, pomagając dziewczynie iść naprzód.
Po kolejnych godzinach, kiedy już prawie stracił nadzieję, zobaczył, że droga się rozwidla. Schody na lewo prowadziły dalej w górę, natomiast ścieżka na prawo wracała do poziomu. Jack bez wahania wybrał tą drugą. Przeszedł po prostej drodze jeszcze kilka kroków, potykając się o kamienie i własne nogi, aż w końcu padł ze zmęczenia, dysząc ciężko.
-Frodo Bagginsie... – wyszeptał ledwie żywy. – Teraz już wiem przez co przeszedłeś.
Po czym zachichotał jak wariat. Leżał tak jeszcze przez chwilę, po czym podniósł się nieco i przesunął śpiącą Laurę z dala od krawędzi półki na której się znaleźli. Houn była tak zmęczona, że spała jak zabita, nie zwracając uwagi na otoczenie. Jack był pewny, że nie obudziłaby jej nawet pijana orkiestra dęta, grająca tuż nad jej uchem.
Wilkołak odwrócił się, zachwycony, patrząc na rozciągający się przed nim widok. Nie był jeszcze na samym szczycie, a wiedział, że tam w górze widoki są jeszcze lepsze. Nie zastanawiając się nad tym dłużej, postanowił sprawdzić dokąd prowadzi ta ścieżka. Jednak zmęczenie okazało się silniejsze. Wolfgang położył się obok Laury i zapadł w głęboki sen.
Kiedy się obudził, był środek nocy.
Z przerażeniem odkrył, że Laury nie ma razem z nim. Wstał szybko, po czym rozejrzał się, wystraszony, szukając dziewczyny. Zdesperowany zawołał jej imię. Po chwili usłyszał swoje. Dochodziło chyba gdzieś ze wschodu, z końca ścieżki. Niezwłocznie udał się w tamtą stronę. Odetchnął z ulgą, gdy ujrzał Laurę, całą i zdrową, stojącą w pewnym oddaleniu i machającą do niego, żeby podszedł bliżej.
-Odeszłam na stronę i znalazłam to. – powiedziała dziewczyna, wskazując na coś, co znajdowało się na środku drogi, pod Ścianą Wschodnią; Ściany znajdowały się teraz bardzo blisko siebie.
-To jajo. – stwierdził Jack, podchodząc do znaleziska i wyjmując latarkę. – I to całkiem spore, wygląda jak strusie! Ale to niemożliwe, żeby strusie mieszkały w tych górach.
-Więc jak myślisz, co to jest?
-Nie wiem. Myślisz, że będzie smaczne? – dodał, podnosząc ciężki kamień i ciskając nim w jajo, zanim Laura zdążyła go powstrzymać.
Kamień rozłupał się na dwie części, podczas gdy jajo pozostało nietknięte. Jack i Laura zaniemówili, gapiąc się bezradnie na jajko.
-Będziemy potrzebować pomocy, żeby je otworzyć. – stwierdził Jack po chwili, po czym obszedł jajo dookoła i zaczął je pchać, bo nie dało się go podnieść. – Ciężkie jak cholera!
-Jack... – Laura patrzyła, jak wilkołak toczy jajko na zachód. – Jesteś pewien, że powinniśmy to ruszać?
-Jestem głodny, a zapasy jedzenia się wyczerpały i ty dobrze o tym wiesz. Musimy coś zjeść!
Houn patrzyła na niego, niezdecydowana, ale w końcu przyznała mu rację, i razem zaczęli toczyć jajo wzdłuż ścieżki, aż doszli do porzuconych plecaków.
-Nie ma co tu siedzieć. – mruknął Wolfgang, prostując się na chwilę. – Czas ruszać dalej.
Wrzucili znalezisko do plecaka, który zrobił się wyjątkowo ciężki, ale teraz przynajmniej łatwiej było przemieszczać się z tym nietypowym ładunkiem.
Ruszyli prosto, w stronę niewielkich schodów. Słońce zaczęło powoli wstawać, oświetlając im kolejne niezwykłe miejsce. W końcu dotarli na górę, rozglądając się dookoła. W skale znajdował się olbrzymi wylot jaskini, a przed nią znajdowała się sporej wielkości półka, zawieszona nad przepaścią. Ale to nie wszystko.
Bo na horyzoncie znów pojawiły się śmigłowce.
-NO CO JEST? Uwzięli się?! – krzyknął Jack rozzłoszczony.
-Do jaskini, szybko! – pisnęła Laura, pociągając za sobą kolegę. – Tam nas nie zobaczą!
Wbiegli więc do jaskini.
Nie byli jedynymi, którzy się tam znaleźli.
CDN
Smocze jaja są znacznie większe >D
Nieprawda, to zależy od gatunku.