Rozdział 21 – Najmłodsza
Stali na skraju olbrzymiej na kilkanaście metrów jaskini, na środku której widniało wielkie, przejrzyste jezioro – wyglądające na dosyć głębokie. Jednak najdziwniejsze było to, że nad jeziorem, pod sufitem, unosił się wielki, jasnoniebieski (a może jasnozielony?) kryształ. Jego blask był tak silny, że oświetlał całą jaskinię i jezioro pod sobą.
-No proszę... – wyszeptał Dexter usatysfakcjonowany.
Dookoła kryształu unosiły się odłamki skalne. Wyglądało to trochę jak planety leniwie okrążające słońce.
-Przodkowie... – wyszeptała po chwili Heather, a z jej oczu popłynęły łzy.
Ku zaskoczeniu wszystkich kobieta padła na ziemię nieco bezwładnie. Po chwili usłyszeli jej szybko wypowiadane słowa – modlitwę.
-Uch... Zróbcie coś z nią, nie będę tego słuchał. – rozkazał Dexter, omijając ich i idąc powoli ku jezioru, wpatrując się w kryształ.
Cody spojrzał na Heather, a potem ze złością na Florendę. Florenda wiedziała, że właśnie być może wydała na śmierć starych przyjaciół, bo nieco się zmieszała, potem jednak odwróciła wzrok od Cody'ego i spojrzała na klęczącą koleżankę z lekkim zażenowaniem.
-Um... Heather... – Seth pochylił się i delikatnie położył dłoń na jej plecach. Kobieta natychmiast podniosła ku niemu mokrą od łez twarz. Seth pomógł jej wstać. – Wybacz...
Dexter kopnął niewielki kamyczek, który wpadł do wody. Kryształ nagle zabarwił się na czerwono, a wokół rozległo się głuche dudnienie. Wtajemniczony niespecjalnie się tym przyjął, jak widać był przygotowany na coś takiego. Czerwone światła jeszcze przez chwilę tańczyły po ścianach jaskini, aż kryształ na nowo stał się jasno-seledynowy.
-Nie podoba mi się to. – stwierdziła w końcu Florenda, podchodząc do Wtajemniczonego. Reszta ruszyła powoli za nią. Laura uczepiła się ramienia Jacka, rozglądając się ze strachem dookoła. Była śmiertelnie przerażona.
-No, masz to, na czym ci tak zależało, Robinson. – powiedział głośno Cody, a jego głos rozległ się echem dookoła. – Dlaczego po prostu tam nie podlecisz i nie zdejmiesz tego kryształu?
-A po co miałbym ryzykować? – spytał Dexter, odwracając się ku powoli ku McCookowi. – A może ty nam powiesz, jak się do niego dostać?
-Posłuchaj. Nie wiem co to jest i dlaczego tak bardzo Eris chce go mieć, ale może nie zauważyłeś, że to wielkie coś wisi sobie w powietrzu kilkanaście metrów nad jeziorem. Nie dziwi cię to ani trochę?
-Dziwi mnie tylko to, że jeszcze czegoś nie wymyśliłeś. – inkub wyjął z kieszeni pistolet i wymierzył nim w Cody'ego.
-Wiesz co, a może ty będziesz myślał, a ja będę sobie wymachiwał bronią! Ja nawet nie wiem co go tam trzyma!
Nagle minęła ich Laura. Wyglądała bardzo dziwnie – jej oczy były nieco zamglone, a wpatrywała się w kryształ bez mrugnięcia okiem. Jej włosy i ubranie falowały lekko, a z jej twarzy poznikały wszystkie rumieńce. Szła prosto ku jezioru.
-Laura! – zawołał za nią Jack. Chciał za nią pobiec, ale Dexter chwycił go za bluzę, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie.
-Co się z nią stało, co się dzieje? – pytała Florenda, jednak nikt nie był w stanie jej odpowiedzieć.
Stali więc po prostu i patrzyli jak dziewczyna dociera do brzegu i zatrzymuje się.
W końcu wkroczyła na jezioro.
Szła po wodzie, nie zatrzymując się, aż dotarła na sam jego środek. Wtedy światło kryształu padło dokładnie na nią, trafiając prosto w jej serce. Wszyscy patrzyli na to, jak zahipnotyzowani.
-Laura... – wyszeptał Jack.
Dziewczyna wyglądała jakby była w jakimś transie. Uniosła się powoli do góry, obracając się dookoła własnej osi, zupełnie jakby światło ciągnęło ją ku górze, trzymając za jej serce. Kiedy była już przy krysztale, Cody podejrzewał, że uderzy się o niego głową, ale Houn przeniknęła do wnętrza kryształu, który zaczął się obracać coraz szybciej i szybciej, bijąc pulsującym, oślepiającym światłem.
Odwrócili wzrok, żeby nie oślepnąć. Jedynie Dexter mrużył wciąż oczy i patrzył jak kryształ zmienia swój kształt. W końcu zaczął się obracać coraz wolniej i nie wyglądał już jak kryształ – wyglądał całkiem jak Laura.
Dziewczyna opadła z powrotem na jezioro. Powoli udała się z powrotem na brzeg, idąc przez cały czas w linii prostej, aż dotarła do grona wyczekujących na nią wilkołaków i jednego inkuba, który wyciągnął w jej stronę rękę...
-Nie, czekaj! – ostrzegł go Cody, a Dexter cofnął dłoń. – Nie dotykaj...
Laura minęła ich powoli, stąpając po ziemi delikatnie, jak baletnica. Cała jej postać pulsowała jasnym, bladoniebieskim światłem. Doszła do dziury w ścianie i weszła do tunelu. W jaskini nagle zrobiło się ciemno. Flo ruszyła za córką, nieco niepewnie. Dexter wyjął z kieszeni nieduże pudełko. Był to ładunek wybuchowy. Jack nie miał żadnych wątpliwości, co do tego, co inkub chce zrobić. Wtajemniczony spojrzał na nich krótko, po czym uśmiechnął się, wyraźnie usatysfakcjonowany i wyszedł za Florendą, stawiając pudełko w przejściu.
-Nie, zaraz...! – Heather chciała się rzucić za nimi w tunel, ale Seth i Cody złapali ją w porę i odciągnęli szybko w stronę jeziora.
Po chwili huknęło, odrzucając wilkołaki do tyłu. Wyjście zawaliło się.
Heather padła na ziemię, płacząc, a Cody kaszlał głośno od pyłu i gruzu.
-Wszyscy cali? – spytał, rozglądając się. Było tak ciemno, że nie widział czubka własnego nosa. Zrobił kilka kroków do przodu i potknął się o kogoś. – Jack?
Wolfgang leżał na ziemi, nieco bezwładnie.
-Co z nim? – spytał Seth gdzieś z tyłu. – Umarł?
-Nie, zemdlał. – stwierdził Cody, sprawdzając puls.
W rzeczywistości, w głowie Jacka działo się coś bardzo dziwnego.
W świecie, który tylko on mógł zobaczyć w tymże momencie, nie było kolorów. Tylko biel. Gdzieś tam, w oddali widniało pasmo Gór. Wilkołak usiadł i rozejrzał się. Ta białość oślepiała go lekko, ale uparcie rozglądał się, szukając jakiegoś miejsca, w którym mógłby zaczepić wzrok.
W końcu dostrzegł różowo-bordowy fotel, kilkanaście metrów dalej. Jack wstał i podszedł do niego. W fotelu siedziała istota, która nie przypominała mu niczego, co znał. Miała białą sierść, i włosy, których końcówki robiły się fioletowe. Ubrana była w srebrną szatę, spod której wystawał nieco kangurzy ogon i masywne nogi. Postać była niesamowicie chuda i miała tylko trzy palce u rąk. Trzymała w nich gazetę. Istota podniosła wzrok, spoglądając na Jacka fioletowymi oczyma, zastrzygła kocimi uszami i odłożyła gazetę na bok. Wszystko to wydawało się trochę absurdalne.
-To miejsce zwane jest Lepszym Trójkątem, a trafiłeś tu, ponieważ On tak chciał.
Jack czuł, że nie musiał zadawać pytań. Wystarczy, że o czymś pomyślał, a to stworzenie odpowiadało mu na wszystko, co chciał wiedzieć.
-Jestem Ona. Eris stworzyła mnie w laboratorium, dzięki jej DNA, oraz DNA Jego.
-Dlaczego tu jestem? – wyrwało się Jackowi.
-Bo szukasz odpowiedzi na swoje pytania. Jak wszyscy, którzy tu trafiają.
-Umarłem?
-Nie. Nazwałabym to raczej stanem śpiączki. Obserwowałam wydarzenia w Sali Życia i wiedziałam, że niedługo tu trafisz. Postanowiłam więc tu na ciebie zaczekać. Tylko ja i On możemy się tu pojawić bez konkretnego powodu.
Jack patrzył na nią w milczeniu. Nadal czegoś nie rozumiał.
-Eris stworzyła mnie, bo chciała mieć kogoś do pomocy. – wyjaśniła Ona. – Wykorzystywała Wtajemniczonych przez lata, by prowadzili za nią eksperymenty genetyczne. Chciała sobie stworzyć armię demonów, takich jak ja. Miałam być najpotężniejszym stworzeniem na ziemi.
-Ale coś poszło nie tak?
-Wręcz przeciwnie. – Ona wstała z fotela i zaczęła się przechadzać, idąc przed siebie. Jack poszedł razem z nią. – Wszystko poszło zgodnie z planem. Tym razem zawiódł plan Eris. Chciała, żebym pomagała jej czynić zło. Ale kiedy wymiesza się DNA zła z DNA dobra, wychodzi coś zupełnie neutralnego. A ja nie trzymam żadnej strony.
-Jesteś więc najpotężniejsza na ziemi i nie zamierzasz z tym nic zrobić?
-Tak mnie zaprogramowano. Mam cechy Eris i cechy Jego, ale nie potrafię tego wykorzystać w żaden pożyteczny sposób.
-A jednak tu jesteś.
-Ponieważ ty pytasz, a ja znam odpowiedzi. Pytaj mnie o co chcesz.
-Co to za kryształ? Dlaczego wchłonął Laurę? Dlaczego Eris chce go mieć?
-Mówisz o Krysztale Życia. Kiedy On tworzył Trójkąt, chciał trochę ukarać ludzi za ich rządzę władzy. Istoty magiczne umieścił tam, gdzie mogłyby żyć bardzo, bardzo długo, a ludziom odebrał ten dar. Istotę Życia zamknął w Krysztale i umieścił pod ziemią, z dala od ciekawskich, z dala od Eris, która chciała go użyć jako niszczycielskiej broni. Kryształ jest źródłem życia w Trójkącie. Jego sercem. To on sprawia, że wszyscy tu mogą żyć bardzo, bardzo długo. Nie, Jack, nikt nie jest nieśmiertelny. – dodała, odczytując jego myśli. – Gdyby tak było, nikt nie umierałby na gorączkę, czy w bójkach ulicznych, prawda? Średnio mieszkańcy Trójkąta mogą żyć tysiąc lat. Czasem dłużej, czasem krócej. Starzeją się, tak jak wszyscy. Umierają. Jeżeli urodziłeś się poza Trójkątem, Kryształ nie działa na ciebie tak jak na wszystkich. Przykładem jest Tomaltach Black, wampir, pracujący w Paryżu. Zajmuje się Dochowywaniem Tajemnicy. Jeżeli kiedyś go spotkasz, zauważysz, że pomimo jego młodego wieku dwustu pięćdziesięciu lat, jego włosy siwieją, a jego skóra nie jest już tak blada jak u zwykłego wampira.
-A co z Minosem?
-Żyje, ponieważ On mu na to pozwala. Ale, jak już zapewne wiesz, jest stary. Bardzo stary. Jeżeli nadal mi nie wierzysz, przypomnij sobie wygląd pani Chloe, babci Laury. Sędziwa staruszka, można by powiedzieć. Jej czas się kończy, chociaż jeszcze o tym nie wie.
-A co z Laurą?
-Jest nową postacią Istoty Życia. Już nigdy nie będzie tą samą Laurą co kiedyś. Można powiedzieć, że Laura, którą znałeś, już nie żyje.
-Nie, to niemożliwe! – Jack zatrzymał się gwałtownie. Ona przeszła jeszcze kilka kroków, po czym odwróciła się w jego kierunku, również stając.
-Dlaczego niemożliwe?
-Niemożliwe jest to wszystko! Po prostu w to nie wierzę! Przecież Kryształ ma teraz kształt Laury! Musi być sposób, żeby wydobyć stamtąd Laurę! Dlaczego Kryształ wybrał akurat ją?!
-Była najmłodsza z was wszystkich. Kryształ wyczuł młodość Laury, więc wybrał ją, żeby się pożywić. Żeby się wzmocnić. Zabrał ją ze sobą.
Jack zadrżał.
-To... to straszne! I nic nie da się zrobić? Absolutnie nic? Ja... Ja proszę!
-Prosisz... – powtórzyła Ona, wpatrując się przez chwilę w swoje stopy. – Mogłabym sprawić, że kryształ skurczy się w sobie, znów oddając Laurze wolną wolę. Ale nie na długo.
-Na jak długo?
-Na rok czasu.
-To mi wystarczy.
Ona uniosła brwi.
-Jesteś pewien? Zdajesz sobie sprawę z tego, że przez rok czasu Trójkąt będzie pozbawiony Kryształu? Zdajesz sobie sprawę ile osób umrze przez twoją dumę?
-Tu nie chodzi o dumę! – Jack złapał się za głowę. Wyglądał jak ktoś obłąkany. – Tu chodzi o nią! Kocham Laurę! Chciałbym być z nią jak najdłużej! Rok to wcale nie tak dużo! Ale jeżeli tylko tyle może istnieć, to mi to wystarcza!
-Jesteś gotów poświęcić cały Trójkąt, żeby przez rok czasu być razem z nią?
-Tak. – odparł Jack twardo, opuszczając ręce.
-No nie wiem. – Ona odwróciła się.
-Ej! Nie możesz się teraz wycofać! Wahasz się? To pomyśl o tym, że nie robisz nic złego, ani nic dobrego. A może jedno i drugie! – Ona spojrzała na niego. – Sprawiasz, że ja i Laura jesteśmy szczęśliwi w zamian za nieszczęście kogoś innego! Coś dobrego! Coś złego! Coś neutralnego! W ten sposób się sprawdzisz!
-To bardzo samolubne myślenie.
-Tak, wiem. – przerwał jej Jack. – Jestem zdesperowany.
Nastało milczenie.
-Zrobisz to? – spytał w końcu wilkołak.
-Zrobię. – postanowiła Ona. – Ale Laura musi wrócić do Sali Życia. To bardzo ważne.
-Dobrze.
-I jeszcze jedno. – dodała istota, a Jack poczuł, że spada w dół, a Lepszy Trójkąt gaśnie w jego oczach. – Nikt nie może jej dotknąć.
-To jest to drzewo. – usłyszał Sawyer w swoim uchu. Cały ten sprzęt z Powierzchni działał bez zarzutu.
Lisołak zatoczył koło, patrząc przez szybę na wiekową roślinę, dumnie reprezentującą się pod śmigłowcami.
-No nie wiem... – wymamrotał cicho Sawyer.
-Kto tam się maże? – usłyszał lisołak.
-To Calvin! – rzucił ktoś inny.
-Nic nie mówiłem. – odparł oburzony Sawyer.
-No dobra, chłopcy, nieważne. Bierzmy się do roboty! Śmigłowce na stanowiska!
-Cel! Pal!
Kilkadziesiąt pocisków wymierzonych prosto w drzewo, trafiło dokładnie w cel. Jedynie Sawyer nie wystrzelił. Jego palec zadrżał nad przyciskiem zwalniającym pocisk. Lisołak patrzył pustym wzrokiem, jak las pod nimi staje w płomieniach.
Tymczasem pod ziemią, na głównym placu zapanował chaos. Ogień wdzierał się gdzie popadło, blokując drogi ucieczki. Trzęsienia powodowały osuwanie się gleby. Minotaury ginęły.
-Nikt mi nie powiedział, że będziemy brali udział w takim gównie! – warknął Sawyer, wyłączając na chwilę mikrofon. Poczuł jak bierze go złość. Wściekłość. Nie mógł na to patrzeć. Te minotaury, którym udało się jednak uciec i biegały między drzewami, były natychmiast rozstrzeliwane. I nie było dla nich ratunku.
Sawyer podjął decyzję.
-Spadam stąd. – mruknął, włączając znów mikrofon.
-Calvin, a ty dokąd?
-Dobrze wiesz, że to niesubordynacja!
Ale Calvin Sawyer miał to w nosie. Zawrócił swój śmigłowiec i poleciał z powrotem do bazy.
Jack usiadł.
Meszek na twarzy miał pozlepiany od łez i brudu, ale wstał, na drżących nogach.
Seth nic nie widział, że wyczuł, że ktoś wstał.
-Jack?
-Pomóż mi. – usłyszał Brown w odpowiedzi.
-Co się stało? – wtrącił Cody.
-Jack był w Krainie Bieli. – powiedziała Heather głucho. Jack nie spytał się jej skąd to wie.
Podszedł do gruzów ściany. To było tylko osuwisko. Jeszcze mogło im się udać.
Wydał z siebie pełen rozpaczy i wściekłości okrzyk, po czym uderzył pięściami w ziemię. Drobne kamyczki posypały mu się na głowę.
-Pomóżcie mi. – wyszeptał, po czym zaczął kopać.
Kopał zawzięcie i bez odpoczynku. Po chwili wyczuł, że ktoś zaczął mu pomagać. To była Heather. Kopali razem, a po kilku sekundach dołączył się do nich Seth.
-Możesz mi powiedzieć o co ci chodzi? – usłyszeli głos Cody'ego, który podwinął rękawy i zaczął drążyć w osuwisku razem z nimi.
-Dobrze, ale to może zająć chwilę... – odparł Jack, nie przestając kopać.
CDN
Laura ma wrażliwość wody?
Ona to ta myszka z fobii Phin?
I jeszcze coś:
Świetny rozdział!
Myszką z opowiadania Fobia był On. Lepszy Trójkąt pojawi się raz jeszcze, niemalże pod sam koniec tego opowiadania.
Dziękuję
Łał! To Phin miała spotkanie
NMZC
Wiem, czepiam się.