Deviant Login Shop  Join deviantART for FREE Take the Tour
×

:iconwhitebag: More from WhiteBAG


More from deviantART



Details

Submitted on
October 22, 2011
File Size
18.7 KB
Link
Thumb

Stats

Views
187
Favourites
7 (who?)
Comments
9
Downloads
3
×
Rozdział 23 – Połamane skrzydła

Ogień.
   Smok.
   Strzały.
   Krew.
   Ziemia.
   Powietrze.
   Jak do tego doszło?
   Jak on, Cody, wzór wszelkich cnót, jak to często żartował sobie z niego Harvey Sadusky, mógł się wpakować w takie bagno?
   Co on tu właściwie robił?
   A tak. Wbrew woli Jacka Wolfganga, na własne życzenie, wpakował się w wyprawę do Kąta Północnego i z powrotem.
   Jak on mógł być aż tak głupi?
   Ale skąd miał wiedzieć, co się wydarzy?
   Kiedy wyruszał, nie miał pojęcia co ich czeka.
   Nie miał pojęcia, że wielokrotnie będzie musiał stać nad przepaścią, dosłownie i w przenośni.
   Czy kiedy wyruszacie na wyprawy myślicie o tym, że będziecie musieli przejść po szkielecie gigantycznego smoka, jak po moście?
   Bądź o tym, że będziecie drżeli ze strachu przed wężem morskim?
   Albo o tym, że będziecie musieli umykać przed rozwścieczonym tłumem laleczek Voodoo? Co więcej, o tym, że takiego Voodoo będziecie musieli zabrać ze sobą?
   Lub o tym, że napotkacie syreny, które będą was chciały utopić?
   No to może o tym, że traficie na wyspę harpii?
   Że was statek rozbije się na rzece, oddzielając was od towarzyszy podróży?
   Czy może o tym, że w sercu dżungli spotkacie przyjaciółkę z dzieciństwa?
   Która jednak nie jest tą samą osobą, i która was zdradzi, i wyda was wrogom!
   Którzy będą was biczować, aż do momentu, w którym zemdlejecie!
   I zabiorą was pod ziemię!
   Głęboko!
   Gdzie aby przeżyć, będziecie musieli latać na smoku, pomimo waszego lęku wysokości!
   No.
   Tak właśnie czuł się Cody.
   Rozpacz, rozczarowanie, wściekłość, smutek, rozżalenie, a także wiele innych, równie głębokich uczuć wzięły nad nim górę i zmusiły do refleksji.
   Był to dziwny moment na myślenie i rozpamiętywanie tego co było.
   Wisiał bowiem w powietrzu, jedną tylko ręką trzymając się skrzydła Farleya, który z niewiadomych przyczyn wlazł na ścianę.
   Wilkołak opamiętał się, przerwał swój potok myśli, i zmusił do myślenia na trzeźwo. Wyciągnął drugą rękę i starał się uchwycić czegoś jeszcze, przez cały czas mamrocząc imię smoka.
-Farley! Ty głupi smoku, złaź na ziemię! – warczał, chwytając się w końcu czegoś, a teraz szukając podparcia dla nóg.
   Stworzenie było przerażone. Wtajemniczeni strzelali do niego z dołu i góry, a chociaż pociski odbijały się z lekkością od jego łusek, to pozostawiały po sobie nieprzyjemny, metaliczny dźwięk, od którego smok dostawał dreszczy.
   Jego skrzydła jeszcze się nie rozgrzały, więc nie mógł lecieć. Co innego gardło. Puścił z dymem już kilku Wtajemniczonych, pamiętając o tym, by nie spopielić swoich jeźdźców, do których, jako dobrze wychowany smok, odczuwał szacunek.

Jack rzucił Sethowi karabin, który odebrał jednemu z martwych Wtajemniczonych. Sam trzymał dwa browningi i strzelał, trochę na ślepo, częściowo ukryty za samotnym... stalagmitem... bądź stalaktytem... Zapomniał nazwy.
   Seth pochwycił karabin w locie, po czym nabił magazynek i puścił serię w stronę Wtajemniczonych, których było coraz więcej, jakby spadali z nieba. I w istocie tak było! Widocznie Dexter kazał Wtajemniczonym zeskakiwać z podestu – który był już dosyć wysoko – i włączać się w wir walki.
   Brown zerknął w stronę Heather. Jak na kogoś, kto miał w ręku jedynie niewielki nożyk zabrany jakiemuś pechowemu wampirowi, Heather była po prostu nie do pokonania. Seth miał wrażenie, że kule po prostu nie imają się tej kobiety, która cięła wściekle nożem, bez zaczerpnięcia tchu. Jeszcze nigdy nie widział jej takiej. Starał się wymierzać karabinem w poszczególne postacie, ale nie mógł się nie patrzeć na zgrabne ruchy wykonywane przez nią, kiedy pokazywała co potrafi, kiedy się wścieknie...
-Seth! Skup się chłopie! Schowaj się za stala...czymśtam i uważaj! – krzyknął Jack, sprowadzając go na ziemię.
   Kolejna fala ognia zalała Wtajemniczonych, kiedy Farley w końcu zeskoczył na ziemię, postanawiając jednak posłuchać Cody'ego.

-Ale szefie... – wymamrotał ostatni Wtajemniczony, strzygoń, na platformie. – To już bardzo wysoko...
-Na dół! – warknął Dexter, złapał go za kark i wyrzucił ponad barierkę. Strzygoń krzyknął krótko, po czym spadł, prosto w wir masakry na dole. – Banda gamoni! Trzeba sprawić, żeby balon unosił się szybciej! – krzyknął do Flo.
-I tak leci szybciej, odkąd zrzuciłeś wszystkich Wtajemniczonych. – odparła Florenda nieco nerwowo.
-Do barierki są przywiązane worki z balastem. Pomóż mi je odwiązać!
-Wszystkie?
-Tak!

-Co do...?! – Cody uskoczył, gdy Wtajemniczony strzygoń padł na ziemię martwy, nieco dalej od miejsca, w którym siedział smok. McCook spojrzał do góry. Dexter i Flo byli już tak wysoko...
   Farley również spojrzał do góry, tym samym podnosząc Cody'ego wyżej. Oboje dostrzegli worki – spadające worki! Spadające prosto na nich!
-Uwaga na głowy! – krzyknął Cody do swoich towarzyszy, którzy właśnie zajmowali się ostatnimi Wtajemniczonymi.
-I co teraz? – krzyknął Jack, również patrząc do góry. – Są bardzo wysoko! Za chwilę dotrą na samą górę...
-Farley! Leć! – rozkazała nagle Heather. Jeden z worków z piaskiem roztrzaskał się dwa metry od niej.
   Ku przerażeniu Cody'ego, smok uniósł się, rozciągając skrzydła.
-NIE! Nie leć! Farley, zostań! Brzydki smok! Niegrzeczny!
   Stwór zawahał się, zerkając na Heather.
-Farley! Mamusia mówi ci, żebyś leciał.
-Nie, nie słuchaj jej, to wariatka!
-Leć!
-Nie!
-Ma lecieć!
-Nie poleci!
   Smok, nieco zdezorientowany, pomyślał sobie, że do Heather ma jednak większe zaufanie.
   Machnął skrzydłami raz. I drugi.
   I wystrzelił do góry.
-NIEEE, JA MAM LĘK WYSOKOOOŚCIIIIII!!!
-Grzeczny smoczek! – zawołała za nim Heather, śmiejąc się. – Leć, leć, LEĆ!
-Chodźmy stąd! – zaproponował Seth, łapiąc Heather za ramiona. – Za dużo tu ognia!
-Do tunelu! – zakomenderował Jack, już biegnąc przed siebie.

-No, to wszystkie worki. – oświadczyła Florenda, poprawiając włosy. – Nie mamy już więcej balastu. Chyba, że ktoś jeszcze chce skakać.
-Panie przodem... – usłyszała tuż przy swoim uchu.
   Zaszedł ją od tyłu. Nie miała szans, by zareagować. Chwycił ją za ramiona i wyrzucił po za barierkę.
   Florenda była jednak szybka. Wywinęła salto, chwyciła się dłońmi podestu, po czym wskoczyła z powrotem na platformę, uderzając przy tym Dextera swoim butem – trafiła go prosto w twarz.
   Inkub zatoczył się do tyłu. Kobieta złamała mu nos.
   Drugim kopniakiem wytrąciła mu z ręki pistolet.
-Miałeś mi oddać Laurę! – wrzasnęła Houn, zadając mu kolejne, równie bolesne ciosy. – Pamiętasz?! Miałeś się ze mną podzielić pieniędzmi! Obiecałeś mi udział!!!
   Tym razem, gdy Flo zamachnęła się nogą, on chwycił ją w kostce. Ku nagłemu przerażeniu Houn, skrzydła Wtajemniczonego rozpostarły się – wzleciał do góry, ponad platformę. Pochylił się, drugą ręką chwycił ją za bluzkę i przyciągnął blisko do siebie.
   Pocałował ją.
-Następnym razem spisz umowę. – wyszeptał.
   I puścił jej kołnierz.
-Szkoda! – krzyknął za nią z uśmiechem. – Lubię cię!
   Słuchał, jak wrzeszczy, i patrzył jak jej ciało wiruje, opadając w dół, coraz szybciej i szybciej.
   Ale dostrzegł coś jeszcze.

-Flo! – krzyknął Cody, intuicyjnie uderzając piętami w bok szyi smoka, żeby go zatrzymać. Stanął w powietrzu, nieco zdezorientowany, muskając skrzydłami powietrze, pozostając w miejscu, ale nadal unosząc się w górę i w dół.
   Cody cudem zdołał pochwycił Flo za rękaw. Pociągnęła go w dół, ale McCook mocno trzymał się rogów smoka. Wilkołak próbował wciągnąć kobietę na grzbiet gada.
   ...lecz jej rękaw się urwał.
-Nie...! – pisnął krótko Cody.
   Trzymał kawałek materiału, patrząc bezczynnie na opadające ciało swojej dawnej przyjaciółki. Już nie krzyczała. Patrzyła się na niego wielkimi oczyma.
   Cody spojrzał na rękaw Florendy. Wypuścił go. Spadł powoli za swoją właścicielką.
   McCook mógłby ją gonić na Farleyu. Ale wiedział, że byłoby to zbyt ryzykowne. Nie zdążyłby zahamować. Rozbiłby się o ziemię.
   Skierował swoją twarz w stronę balonu.
-Dalej, smoku. Trzeba to zakończyć. – Cody uderzył go piętami, a Farley kontynuował lot w stronę balonu.
   Stwór wyrównał się z platformą, na którą zeskoczył Cody. Dextera na niej nie było. Nie był to dobry znak. Wilkołak podbiegł do sejfu, przymocowanego łańcuchami do barierek.
-Farley, mógłbyś je spalić? Te łańcuchy! – dodał, pokazując mu, bo nie miał pewności, czy smok na pewno go rozumie. – Spal je!
   Odsunął się na pewną odległość, gdy gad posłusznie zionął ogniem. Cody obserwował, jak płomienie lizały łańcuchy, które powoli – bardzo powoli – zaczęły się roztapiać.
   Oprócz trzaskania ognia usłyszał coś jeszcze. Łopot skrzydeł, tuż za nim.
   Odwrócił się i w ostatniej chwili chwycił długi, metalowy pręt – wyrwany zapewne z barierki otaczającej platformę – wymierzony prosto w jego głowę. Inkub trzymał go oburącz, patrząc na Cody'ego wściekle. Farley przestał ziać ogniem i spojrzał się w stronę swojego pana, nie wiedząc co robić dalej.

W tym samym czasie Florenda z głuchym jękiem przewróciła się na plecy i ostatkiem sił zdołała wyciągnąć broń z kieszeni spodni. Był to miotacz pocisków o dosyć dużym zasięgu. Dostała go od Dexa. Wycelowała w balon, czyniąc to trochę bezwładnie.
-Szkoda... – wycedziła, a z jej ust buchnęła krew. – Lubię cię...
   Strzeliła.
   Pocisk wystrzelił do góry.
   Trafił w bok platformy.

Farley, skamląc jak pies, odleciał od podestu, który pod wpływem uderzenia pocisku Flo, zachwiał się mocno, sprawiając, że Cody stracił równowagę. Platforma wciąż kołysała się groźnie, gdy wilkołak bezwładnie turlał się w stronę sejfu. Pękło kilka łańcuchów podtrzymujących coraz mniej stabilną konstrukcję. Unoszący się bok podestu uderzył Dextera w plecy, na moment lekko go ogłuszając.
   Nie mógł więc widzieć, że Cody wpada na sejf, który niebezpiecznie przechyla się po za barierkę. Łańcuchy, częściowo już spalone, jeden po drugim zaczęły puszczać.
-No nie... – jęknął Cody.
   W kolejnym momencie spełnił się jego najgorszy koszmar.
   Leciał w dół.
   Leciał w dół, kurczowo uczepiony sejfu z Istotą Życia, nabierając prędkości, wrzeszcząc zawzięcie.
   Farley zauważył to, ruszył za nim, za swoim nowym panem, wiedząc, że nie pozwoli mu rozbić się o ziemię.
   Ale Dexter również się zbliżył, wciąż trzymając metalowy pręt, wyrwany z barierki.
   Wilkołak nie wiedział jakie zamiary ma inkub, ale nie mogło być to nic dobrego.
-Uważam się na osobę zrównoważaną i niełatwo jest mi zaleźć za skórę. – powiedział Robinson, stając na pędzącym w dół sejfie, jak gdyby nigdy nic. Patrzył z góry na kulącego się Cody'ego i nawet nie próbował uważać na łańcuchy, obijające się o wiatr. – Ale gratuluję, bo właśnie się to panu udało, panie McCook. – dodał, uśmiechając się drwiąco. Uniósł do góry pręt, gotowy, by zadać cios. – Już tak nie chojrakujesz, co? – warknął.
   W tym jednak momencie przyleciał Farley. Chwycił Dextera swoimi wielkimi szponami, całkiem tak, jakby inkub był szmacianą lalką. Odrzucił Wtajemniczonego na bok, a włożył w to tyle siły, że ciało Robinsona przeleciało kilkadziesiąt metrów i uderzyło o ścianę. Zaczął powoli spadać na ziemię, rozpaczliwie próbując uczepić się skał i machając skrzydłami, które w tej sytuacji na niewiele mu się zdały – były połamane.
   Cody zacisnął powieki, wiedząc, że ziemia jest coraz bliżej. Farley chwycił łańcuchy i sejf i machał skrzydłami tak, jakby chciał wzlecieć z powrotem do góry. Były to próby uniknięcia bolesnego spotkania z glebą.
   I udało się.
   Wpadli co prawda między ogień i trupy Wtajemniczonych, ale żyli.
   Jeszcze.
   Cody zsunął się z sejfu, oddychając głęboko. Nie wytrzymał jednak napięcia w jego przewodzie pokarmowym – zwymiotował gwałtownie za sejfem.
   Farley wydawał się być niespokojny. Może dlatego, że nie widział tu reszty swoich nowych właścicieli. Nie wiedział Heather. Pomrukiwał cicho w smoczym języku.
   Cody zadarł głowę do góry, byle nie patrzeć na to, co wydobyło się z jego żołądka. I wtedy zobaczył, że platforma i balon także spadają. I to coraz szybciej.
-No pięknie... – jękną. Szybko zidentyfikował tunel, w którym byli wcześniej, po czym zaczął pchać sejf w tamtą stronę. – Farley, pomóż mi!
   Smokowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Pochwycił łańcuchy między zęby i szybko zaciągnął sejf do tunelu. Cody ostatkiem sił pobiegł za nim.
   Platforma uderzyła gwałtownie o ziemię.
   Fala ognia, kurzu i pyłu poniosła sejf, Farleya i Cody'ego w głąb tunelu.
   Wtedy wszystko – nie licząc trzaskania płomieni – ucichło.

CDN
SORRY! Only in Polish!!!

Piszcie jak się podoba :la:
Add a Comment:
 
:iconluxerna:
Luxerna Featured By Owner Oct 22, 2011
Ten koniec... Dodaj szybko nowy rozdział, bo kocham to opowiadanie i Twój styl! >.<
Reply
:iconwhitebag:
WhiteBAG Featured By Owner Oct 22, 2011  Hobbyist Digital Artist
Muszę go napisać :XD:

Ciesz się lepiej dwoma rozdziałami pod rząd :U
Reply
:icontuptaju:
Tuptaju Featured By Owner Oct 22, 2011  Hobbyist General Artist
Biedny smok. Zabełtali mu w głowie.
Reply
:iconwhitebag:
WhiteBAG Featured By Owner Oct 22, 2011  Hobbyist Digital Artist
Heather mu zabełtała >D
Reply
:icontuptaju:
Tuptaju Featured By Owner Oct 22, 2011  Hobbyist General Artist
Cody też. To nie było miłe.
Reply
:iconwhitebag:
WhiteBAG Featured By Owner Oct 22, 2011  Hobbyist Digital Artist
Cody tylko skorzystał z tego, że Heather mu zabełtała |D
Reply
:icontuptaju:
Tuptaju Featured By Owner Oct 22, 2011  Hobbyist General Artist
Straciłam wątek.
Reply
:iconwhitebag:
WhiteBAG Featured By Owner Oct 22, 2011  Hobbyist Digital Artist
8DD
Reply
:icontuptaju:
Tuptaju Featured By Owner Oct 22, 2011  Hobbyist General Artist
Ale ja mówię serio.
:iconfluttershyshrugplz:
Reply
Add a Comment: