Rozdział 25 – Ostatnie porachunki
-Dlaczego Jack nie powiedział mi dokąd idzie? – fuknęła Laura, szukając w kuchni kolejnych opakowań chusteczek dla potrzebujących.
-Nigdy byś go nie puściła, gdyby ci powiedział. – odparła Heather spokojnie, zaparzając dwie herbaty ziołowe dla dwójki małych minotaurów, bliźniaków, którzy stracili w pożarze całą swoją rodzinę i teraz nie potrafili się uspokoić.
-A o co chodzi? – spytał Cody, wchodząc do kuchni z dziennikiem w ręku.
-Skończyłeś pisać? – Laura uniosła brwi.
-Nie, zgłodniałem. – odparł, szperając w szafkach. – Heather opowiedziała ci już wszystko, co się wydarzyło?
-Tak.
-I co o tym wszystkim myślisz? – pytał Cody, wyjmując w końcu paczkę herbatników.
-Ja... och, nie wiem co mam o tym myśleć! A jak wy byście się czuli, gdyby powiedziano wam, że za rok staniecie się Istotą Życia?
-Fakt, to może być dziwne uczucie. – Cody wepchnął sobie do ust herbatniki, a Heather poszła zanieść herbaty ziołowe minotaurom, czekającym przed kuchnią.
Laura odczekała, aż Cody przełknie.
-To dokąd poszedł Jack?
-Rozprawić się z Wtajemniczonymi.
Nawet Farley, goniący motylki, zdołał usłyszeć głośne:
-COOO???!!!
-Szybciej! Nie mamy wiele czasu! – wołał Jack, biegnąc przez dżunglę.
Na skraju lasu zatrzymali się. W bazach wciąż było bardzo dużo Wtajemniczonych.
-Odwrócę ich uwagę. – zaproponował jeden z minotaurów.
-Nie trzeba. – Jack wyciągnął laskę dynamitu. – Mam plan.
Niecałe pięć minut później wybuchł jeden z budynków. Wszyscy od razu rzucili się, żeby ugasić płomienie i ratować co się da. Tymczasem Jack, Seth i minotaury pobiegli do budynku więziennego. Spotkali trzech Wtajemniczonych, którzy jednak nie byli uzbrojeni. Poszło jak z płatka.
-Myślałem, że mieliśmy nikogo nie zabijać. – Seth patrzył, jak minotaury odsuwają bezwładne ciała na bok.
-Oni zabiliby nas. – odparł sucho Jack.
Zaczęli otwierać wszystkie cele. W pierwszej znaleźli Tezeusza i Ariadnę pogrążonych we śnie. Obudzili się, gdy padło na nich ostre światło z zewnątrz.
-Cześć. – Jack wyszczerzył zęby na ich widok. – Nie przeszkadzamy może?
-Jak dobrze znów was widzieć! – Tezeusz zerwał się, pomógł Ariadnie wstać, po czym podszedł do Jacka i uściskał go.
Tymczasem Seth otwierał już kolejne cele. Większość była zupełnie pusta. Na końcu korytarza znalazł wychudzoną kotołaczkę o krótkich włosach i pasiastym ogonie. Skuliła się, gdy otworzył drzwi.
-Nie jestem Wtajemniczonym. – powiedział od progu, podchodząc do niej i pomagając jej wstać. – To twój szczęśliwy dzień.
-Torturowali mnie! – wychrypiała kotołaczka, czepiając się jego kurtki. – Robili na mnie eksperymenty!
-Już dobrze. Już wszystko dobrze. – Seth, nieco speszony, poklepał ją po plecach, kiedy ta, chwiejąc się, płakała w jego kurtkę.
-Seth, co ty robisz? – Jack zajrzał do celi. – To nie czas na pocieszanie więźniów, to czas na ich uwalnianie! Weź się w garść.
-Wybacz. – Seth odsunął kotołaczkę od siebie. – Zaraz zabierzemy cię do domu. Chodź z nami.
W kolejnych celach znaleźli białego lisołaka. Nie wyglądał na zabiedzonego.
-Och. – powiedział Calvin Sawyer, podnosząc się. – Nie byłeś przypadkiem więźniem?
-Role się odwróciły, kolego. – Jack spojrzał podejrzliwie na lisołaka. – A więc teraz Wtajemniczeni zaczęli zamykać swoich?
-Nie jestem Wtajemniczonym. – odparł Sawyer z godnością. – A wsadzili mnie za niesubordynację.
-Jakiego rozkazu nie wykonałeś? – spytał Seth.
-Chcieli, bym zniszczył minotaurzą wioskę. – lisołak wyprostował się. – Odmówiłem.
-A więc witaj wśród swoich. – mruknął Tezeusz.
Kolejna cela wydawała się być pusta, gdy nagle wyskoczyła z niej postać strzygi o bardzo długich włosach. Popchnęła na ścianę Ariadnę, która stała jej na drodze, po czym pomknęła korytarzem, wybiegając z bazy i znikając w lesie.
Nikt nie odważył się tego skomentować.
Reszta celi była pusta, z wyjątkiem jednej, ostatniej.
-A więc jednak zdecydowaliście się mnie wypuścić... – powiedział inkub o czarnych włosach i białych tęczówkach. Wszedł w snop światła, uśmiechając się.
Rozpoznali ten uśmiech.
-TY! – nikt nie zdążył powstrzymać Jacka przed rzuceniem się na więźnia. Zaczął okładać pięściami inkuba, który starał się jakoś zablokować ciosy.
W końcu Seth odciągnął Jacka na bok.
-Jack, JACK! To NIE JEST Dexter!
-Och, a więc poznaliście już pieszczoszka rodziców. – inkub wyprostował się i splunął z pogardą, a Jack przyjrzał mu się uważniej. Dopiero teraz zauważył, że inkub był znacznie młodszy od tego, za kogo go wziął. – Dex to mój starszy brat. Nazywam się Duncan Robinson. A z Wtajemniczonymi nic mnie nie łączy.
-Wybacz. – wymamrotał Jack. Wciąż nie potrafił uwierzyć w tak wielkie podobieństwo obu Robinsonów. – Dlaczego cię tu zamknął?
-Posprzeczaliśmy się, jak to rodzeństwo. – prychnął. – Kazał swoim podwładnym mnie tu zamknąć.
-Jak długo tu siedzisz? – spytał Seth.
-Nie mam pojęcia. Straciłem rachubę czasu. Kilkadziesiąt lat mojego życia darmo diabli wzięli. – znów splunął.
-Kilkadziesiąt... lat... w jednym pomieszczeniu... – Sawyer nie potrafił w to uwierzyć.
-Nie możemy tu zostać. – Jack ruszył przed siebie korytarzem. – Zabierzemy was w bezpieczne miejsce, ale najpierw musicie nam pomóc.
Zatrzymali się przy wejściu do kopalni. Za ich plecami rozległy się wybuchy – w proch poszły kolejne budynki, posyłając do diabła Wtajemniczonych.
-Proszę, przekaż ten zaszczyt mnie. – Duncan wyciągnął rękę i w stronę Jacka.
Wilkołak podał mu przycisk zwalniający.
-Ciekawe jak długo zajmie ci wydobycie się stamtąd, braciszku... – Duncan zachichotał mściwie, po czym wcisnął przycisk.
We wnętrzu kopalni rozległy się wybuchy. Jack kazał wszystkim się odsunąć. Jedynie Duncan stał w miejscu. Ostatnie eksplozje ostatecznie zawaliły tunel, posyłając gruz i pył w powietrze. Żaden jednak nie dosięgną Duncana. Jedynie mały kamyczek, poturlał się nieco dalej niż cała reszta i musnął czubek jego buta.
Minęła chwila ciszy.
Inkub zaczął się śmiać.
Już po chwili śmiał się głośno, jak wariat, a jego śmiech rozciągnął się po pustkowiu, jakie zostawiły za sobą wybuchy.
Pozbyli się Wtajemniczonych.
Słońce powoli zachodziło.
-Każde martwe ciało na stosie palić będziesz... – wyszeptał Dexter, podpalając ciała, które nie zdążyły się spopielić, między innymi Florendę.
Później ruszył w głąb tunelu, który zdołał chociaż częściowo wykopać. Wtajemniczeni jeszcze nikogo nie wysłali na dół, miał więc trochę czasu. Dotarł do przepaści. Wziął rozpęd i skoczył. Machnął skrzydłami raz, dwa, trzy i chwycił się krawędzi po drugiej stronie. Padł na ziemię, wijąc się z bólu. To kiepski pomysł, latać z połamanymi skrzydłami. Odczekał chwilkę, po czym wstał i ruszył dalej. Minął tunel wykopany przez wilkołaki, nie zauważywszy go. Wszedł jedynie tam, gdzie chciał wejść.
Jednak nie ucieszył go ten widok. Co więcej, było tu tak ciemno, że nie zobaczył nic.
-Kryształ... – wymamrotał. – Te sukinsyny zabrały stąd Kryształ!
Wrócili późnym wieczorem.
Farley chrapał głośno. Wyglądał jak strażnik warowni, którą były bazy. Podróżni minęli go i weszli do budynku numer jeden.
-Już jesteśmy! – krzyknął Jack od progu.
Spodziewał się zobaczyć Laurę, ale zobaczył Heather, która odepchnęła go nieco brutalnie, po czym rzuciła się w ramiona Setha. Laura przyszła jako druga. Podbiegła do Jacka i... spoliczkowała go.
-To za to, że mnie porwałeś! – krzyknęła na niego.
-Ale... – Jack nie dokończył zdania, bo Laura zatkała mu jego usta swoimi ustami. – Och.
-Ariadna! Tezeusz! – Laura rzuciła się w ich ramiona. – Jakie to szczęście, widzieć was całych!
Cody wszedł do przedpokoju i zakrztusił się herbatnikiem, na widok Sawyera i Robinsona.
-CO DO...
-Cody, to jest Duncan. – powiedział Seth z naciskiem. Heather wypuściła go z objęć.
-Och. – Cody odkaszlnął, speszony. – Myślałem, że to...
-Wiem, co myślałeś. – powiedział Duncan cicho, ale w taki sposób, że wszyscy zamilkli.
Po chwili Seth odchrząknął.
-A to jest Calvin Sawyer. Chcieli go poćwiartować za niesubordynację. Odmówił, kiedy kazali mu zaatakować Wioskę Minotaurów.
-Cóż... – Cody przyjrzał się Calvinowi uważnie. – Zniszczyli ją i tak...
-Jak to? – spytał Tezeusz ostro. Spojrzał na Jacka i Setha, oraz na trójkę towarzyszących im minotaurów. – Nie mówiliście, że...
-O Boże... – Ariadna zakryła usta i oparła się o ścianę.
-...A to jest Kathleen. – mruknął szybko Seth, w stronę Heather, popychając ku niej wciąż wystraszoną kotołaczkę. – I przydałaby się jej twoja pomoc.
-Jak to: zniszczyli? – pytał się nadal Tezeusz. – Niech mi to ktoś wyjaśni!
Odwrócili wzrok, zmieszani. Heather objęła Kathleen ramieniem i zaprowadziła ją do kuchni.
-Arachne... Mój brat... Król Minos... Oni wszyscy... zginęli! – Ariadna chlipała w kącie, wyjmując chusteczki z paczki.
Tezeusz stał samotnie na dachu bazy, wpatrując się w księżyc.
Kathleen grzała się przy kominku, powoli dochodząc do siebie. Po obu jej stronach siedziały minotaurze bliźniaki, pijąc kolejną herbatkę ziołową.
Heather i Laura przez całą noc miały ręce pełne roboty. Krzątały się w kuchni, spełniając zachcianki jęczących minotaurów, do których dołączyła także Ariadna.
Cody zaszył się w pustym pokoju, uzupełniając notatki w dzienniku.
Jack, Seth, Duncan i Sawyer pili kawę, przy stole w kuchni.
-Czy możemy w końcu coś postanowić? – spytał inkub, grając palcami po blacie.
-Czekamy na Cody'ego. – wyjaśniła Laura, opadając na krzesło, obok nich.
-Już jestem. – westchnął McCook, niechętnie pojawiając się w kuchni. Opadł na krzesło obok Heather.
-Podsumujmy. – Seth splótł palce. – Wtajemniczeni zginęli w wybuchach. Część z nich pogrzebaliśmy żywcem pod ziemią, łącznie z Dexterem.
-Ale nie na długo. – Duncan odstawił kubek. – To szczwany lis. Nie bierz tego dosłownie, Sawyer. Prędzej czy później wyjdzie spod ziemi, czy tego chcecie, czy nie.
-Może zginął. – podsunęła Laura.
-Śmiem w to wątpić. – prychnął inkub. – Dex jest silny.
-Te minotaury... – mruknął Sawyer niepewnie. – Nie zostało ich zbyt wielu, prawda?
Cody przesuwał swoje spojrzenie z Duncana na Sawyera. Nie był pewny, czy można im zaufać, ale sami chcieli wziąć udział w zebraniu, i nie wypadało odmówić.
-Każde ciało na stosie palić będziesz... – westchnął McCook. – Trzeba będzie wrócić do Wioski i urządzić wielki pogrzeb...
-Chcesz palić ich wszystkich? – prychnął Sawyer.
-Czy wiesz skąd wzięło się to przykazanie? – Cody powoli spojrzał w stronę Calvina. – Myślisz, że ten zwyczaj wziął się znikąd? Nawet Wtajemniczeni go przestrzegają! Dawno temu, w czasach, których nikt żyjący już nie pamięta, wydarzyło się coś, co stało się przekazywane z pokolenia na pokolenie. Eris chciała oczyścić Trójkąt ze słabych istot. Sprawiła, że wszystkie martwe ciała odżyły.
-Zombie. – wtrąciła Heather.
-Właśnie. Umarlaki zabijały wszystkich słabych i chorych. – kontynuował Cody. – Dużo czasu minęło zanim mieszkańcy Trójkąta pozbyli się ostatniego zombie. Jednak od tamtego czasu powstało nowe przykazanie, mówiące o tym, żeby palić każde martwe ciało na stosie, żeby sytuacja nie powtórzyła się.
-Myślicie, że Eris będzie chciała wykorzystać martwe ciała minotaurów? – Calvin uniósł ciemne brwi.
-Nie mam co do tego wątpliwości. – Cody skinął głową, obracając w dłoniach swój dziennik. – Wybierzemy się do wioski i... zrobimy tam porządek... – westchnął.
Dużo ostatnio się dzieje. Opowiem pokrótce co musieliśmy zrobić. Jestem już taki zmęczony...
Ktoś zawsze stoi na straży przy kopalni. Na wszelki wypadek.
Robimy porządek ze zgliszczami domu Tezeusza. Wszyscy. Okropnie współczujemy gatunkowi minotaurów. Na szczęście spora ich grupka przeżyła. Może jeszcze uda im się odtworzyć całą metropolię, kto wie? Jednak nie mogą tu zostać. Nie ma tu odpowiednich warunków.
Rozmawiałem o tym z Duncanem. Zauważyłem u niego zadatki na przywódcę. To pewnie rodzinne. Tak czy siak, wygląda na to, że wie co robić. Przywykł nawet do wydawania rozkazów.
Wracając do tematu, Duncan zaproponował, żeby wysiedlić stąd wszystkie minotaury. Mogliby stworzyć swój nowy dom w jednym z Miast. Muszę mu przyznać, pomysł nie jest wcale głupi. A i minotaury są zainteresowane zaczęciem wszystkiego od nowa.
Kolejny wpis po dniu pełnym roboty. Nadal sprzątamy. To nie ma końca. Układamy z ciał wielkie stosy, a Farley podpala je. Ale robota i tak się dłuży. Niektóre minotaury nie mogą na to patrzeć. Niektóre załamały się psychicznie. Ariadna wciąż płacze w poduszkę. Nie słyszałem, by Tezeusz odezwał się jakimkolwiek słowem odkąd dowiedział się co się stało. Martwię się o nich.
Myliłem się co do Sawyera. Nigdy nie był po niczyjej stronie. Wykonywał jedynie polecenia. Teraz wykonuje polecenia Duncana. Nie mógł trafić lepiej.
Tęsknię za domem.
Za Noxarem.
Za Alexą.
Mijają tygodnie. To się nigdy nie skończy.
Część z nas była z wizytą u cyklopów. (Polecieliśmy na Farleyu.) Mieszkają w niezwykłej metropolii otoczonej wysokim murem. Nie różnią się zbytnio od zwykłych ludzi z tą zaledwie różnicą, że mają tylko jedno oko. Dostaliśmy się do ich króla i opowiedzieliśmy o zagładzie minotaurów. Ale oni wszyscy już wiedzieli. Niezwykłe.
Jedna z cyklopek, Lisa, postanowiła opuścić rodzinne miasto i udać się, razem z nami, na wyprawę do samej Ściany Południowej. Hm. To brzmi jakoś znajomo...
Odwiedziliśmy też przy okazji znajomego Jacka, Nikołaja. Proponowaliśmy mu powrót do Miasta, ale powiedział, że dopóki są tam Wtajemniczeni, nigdzie się nie wybiera. Szanuję jego wybór.
Ma pięknego feniksa.
Początek jesieni. Przygotowywaliśmy się do drogi bardzo, bardzo długo. Skończyliśmy palić ciała minotaurów. Odpoczęliśmy. Dojrzeliśmy.
To, że masz 340 lat, nie znaczy wcale, że jesteś mędrcem. Uczysz się przez całe życie.
Często myślę o tym, co było, jest i będzie. Piszę dzienniki. Obserwuję.
Minotaury są gotowe do drogi. Lisa również. Nie zanosi się na to, by Wtajemniczeni zdołali wyjść z kopalni. Sawyer nie może usiedzieć w miejscu. Kathleen chce wrócić do domu. Duncan nie może się doczekać, aż opuścimy bazę.
A my?
Przeżyliśmy.
I nadal jeszcze żyjemy.
Piszę te słowa, siedząc razem z Jackiem, Laurą, Sethem i Heather w salonie. Cieszymy się sobą. Jest cicho, sielankowo. Wypoczywamy przed podróżą.
Przed powrotem do domu.
Nie wszyscy jednak wrócą.
Heather zostanie tu razem z Laurą. Dziewczyna musi tu zostać. To niebezpieczne. Jest teraz niezwykle ważna, bo w jej wnętrzu zaklęta jest Istota Życia, która wypełni ją na nowo, za niecały rok czasu.
Plan Jacka był bardzo pomysłowy, jednak nie idealny.
Idziemy do Miasta Wschodniego, bo według Kathleen, to właśnie tam mieszkała. Co ciekawe, Duncan i Sawyer również stwierdzili, że tam mieszkali przed... tym wszystkim. Jest tam ponoć dużo miejsca, Miasto Wschodnie nie jest przeludnione, minotaury na pewno znajdą tam swój nowy dom. Później ja, Seth i Jack ruszymy do Miasta Środkowego. A potem wrócimy, by spędzić ostatnie chwile z Laurą. Pogodziła się ze swoim losem.
Patrzę na nią. Niezwykle przypomina matkę. Nie mogę się odpędzić od myśli, że mogła być moją córką. A co robi teraz? Siedzi, opierając się o ramię Jacka. Jack trzyma rękę na jej brzuchu.
Jest w ciąży.
„Rok czasu"?
Przyznaj się, Jack, od początku miałeś taki plan, prawda?
Jack jest bardzo, BARDZO pomysłowy.
CDN
Moje umiejętności przewidywania się sprawdzają, Jack miał baaaardzo chytry plan
A ja napisałam ciąg dalszy "Podróży w drugim wymiarze" i teraz nie wiem, czy wrzucać.
Podróż w drugim wymiarze?