Deviant Login Shop  Join deviantART for FREE Take the Tour
×

:iconwhitebag: More from WhiteBAG




Details

Submitted on
December 3, 2011
File Size
28.3 KB
Link
Thumb

Stats

Views
181
Favourites
7 (who?)
Comments
2
Downloads
8
×
Rozdział 27 – Dziura w niebie

-Co? Jaka rewolucja? – prychnął Cody.
   W Mieście Środkowym wrzało. Wszyscy biegali w różnych kierunkach, przenosząc informacje z prędkością błyskawicy. Nikt nie zwracał uwagi na Cody'ego, Setha i Jacka, wszyscy brali ich za część tłumu. Seth chwycił jakiegoś fauna, żeby dopytać się o co ten cały harmider.
-Wróciliśmy do domu i co? Nikt się nawet nie przejął. – Jack wzruszył ramionami. – Rozczarowanie to mało powiedziane.
-Chcesz, żeby ktoś się przejął? – Cody spojrzał na Jacka. – Nie jesteśmy przecież nikim nadzwyczajnym...
-Oni mówią, że trwa rewolucja przeciw Wtajemniczonym! – wykrzyknął zdumiony Seth, przepychając się do przyjaciół. – Na terenie naszego więzienia!
   Słysząc to, Cody bez wahania pobiegł w stronę budynków więziennych, przepychając się przez tłum. Seth i Jack podążyli za nim, ledwo nadążając.
-To jeszcze nie koniec... – mruknął McCook.

Rewolucja faktycznie trwała.
   Budynki więzienne ogrodzone były od miasta wysokim murem, a wewnątrz murów trwała prawdziwa wojna. Brali w niej udział chyba wszyscy, którzy nie bali się ryzykować, wszyscy, którzy mieli już dosyć Wtajemniczonych. Samą walkę rozpoczął Harvey Sadusky, kuzyn Cody'ego, oraz znajomi Harveya, wampirze rodzeństwo; Adalbert, Rita, Seoirse i Aindreas White. Stanęli przeciwko tłumowi Wtajemniczonych, którzy akurat byli na placu.
   Pewna wampirzyca o czarnych włosach i wściekle fioletowych oczach, zeskoczyła z dachu jednego z budynków, po czym przyłożyła dwa palce do ust i zagwizdała mocno. To był sygnał, na który reakcja była natychmiastowa. Z różnych stron zaczęli wyskakiwać najemnicy. Głównie zza muru, ale byli też tacy, którzy chowali się już po kątach placu.
   Olbrzymia sylwetka Aindreasa pojawiła się dosłownie znikąd. Wampir złapał dwóch Wtajemniczonych za karki, uniósł, i zderzył ich razem głowami. Zewsząd wciąż nadchodziły posiłki. Szanse nieco się wyrównały, ale Wtajemniczonych nadal było bardzo, bardzo dużo. Adalbert zerknął jak wampirzyca, która dała sygnał (dla ciekawskich podaję informację, że była to Ivy Wheeler, która podkochiwała się w Adalbercie od zawsze) rzuca się w wir walki.
   Adalbertowi nie bardzo chciał walczyć. Jak się jakiś strażnik przypatoczył, to oczywiście Ad go unieszkodliwiał, ale wolał unikać ciosów i po prostu patrzył na to, jak walczą inni, a jeżeli jakiś znajomy miał kłopoty, to oczywiście mu pomagał. Nic z własnej inicjatywy.
-Gloria! Uważaj! – krzyknął do szczupłej, wilkołaczej koleżanki z dzieciństwa, po czym razem z nią załatwił kata, który stał za nią i unosił do góry swój topór.
-Dzięki, stary! – wyszczerzyła do niego zęby, po czym oddaliła się, z uśmiechem.
   Tymczasem Harvey krzyczał z całych sił.
-NOXAR! DO DOMU!
-W życiu! – śmiał się jego syn, wbijając ostrze noża prosto w serce jakiegoś Wtajemniczonego. – Po za tym nigdzie bez was nie pójdę!
-Kate! Powiedz mu coś! – zawołał Harvey bezradnie, do znajomej kotołaczki walczącej obok.
-Dobra! – Kate kiwnęła głową. – Noxar! Walcz! Walcz jak jeszcze nigdy w życiu!
-No wiesz... – zaczął oburzony Harvey, ale musiał się właśnie zająć szybką ucieczką przed grupką Wtajemniczonych, więc nie mógł już nic powiedzieć.
   W biegu pociągnął ze sobą Ritę. Oboje pobiegli ile sił, aż do najniższego budynku na dziedzińcu, na który niezwłocznie się wspięli. Żaden z Wtajemniczonych nie wskoczył za nimi, a to oznaczało, że chwilowo zgubili trop. Harvey odetchnął na moment, ale Rita wydawała się być tym poruszona.
   Obserwator stojący pośród walczących zobaczyłby, jak wilkołak i wampirzyca zamieniają ze sobą parę zdań, po czym ona zeskakuje z dachu, powracając do walki, a on zostaje na dachu sam, patrząc na roztaczający się przed nim przerażający widok. Nie mówiąc już o trupach porozrzucanych w nieładzie tu i tam. Wszyscy bez wyjątku walczyli... narażali życie... walczyli z Wtajemniczonymi...
-Ich nie da się pokonać... – wyszeptał mu ktoś do ucha.
   Harvey spojrzał w bok. Na puste oczodoły, w których tliły się dwa czerwone rozżarzone punkciki. I włosy o nieokreślonym kolorze, wijące się dookoła zwiewnej postaci.
-Wtajemniczeni zawsze rządzili tym miejscem. – dodała Eris, wyszczerzając ostre ząbki. – To głównie dla tego ich stworzyłam. Praca i chęć awansu zaślepiła ich... Są mi oddani... zrobią wszystko o co ich poproszę.
-Nie wszyscy są tacy. – Harvey pokręcił głową. Nie próbował nawet uciekać, czy z nią walczyć. Eris nie była istotą, którą dałoby się pokonać.
   Istniała odkąd tylko On stworzył Trójkąt. Eris nie było jej prawdziwym imieniem, ale nikt nie wiedział jak nazywa się naprawdę. To imię wymyślili jej mieszkańcy Trójkąta, kiedy ją poznali. Nikt nie dałby rady jej pokonać. Była złem. Istniała i już. Wszyscy to zaakceptowali.
-Masz na myśli Cody'ego McCooka? – Eris zaśmiała się głucho. – Wyruszył na Północ. Naprawdę myślisz, że kiedykolwiek wróci?
-To ty... Ty kazałaś mu to zrobić. – Harvey spojrzał w jej stronę.
-Zgadza się. Zadziałam na jego podświadomość. Zagrażał mi. Więc... wysłałam go na ŚMIERĆ.
-Kłamiesz. – odparł wilkołak drżącym głosem, zrywając się na równe nogi, wiedząc, że strasznie teraz ryzykuje.
-Muszę przyznać, że ciebie i Seoirse'a White'a również miałam już w garści. Wymknęliście mi się w ostatnim momencie. ...Ale teraz zginiecie. – Eris oddaliła się nieco, unosząc się w powietrzu.
   Nagle jednak drzwi na dziedziniec otworzyły się szeroko i stanęła w nich osoba, której ani Eris ani Harvey się nie spodziewali.
   A później stało się coś, co przeszło do historii.

Dexter Robinson na palcach minął śpiącego smoka.
   Przeszedł przez uchylone drzwi.
   Stąpał cicho, bezgłośnie. W kuchni znalazł nóż.
   Usłyszał głosy, dobiegające z salonu.
   Uśmiechnął się.
   Dyszał.
   Wytrzeszczał oczy.
   Naprężył ciało, zlepione brudem i podążył za głosami.

-To niemożliwe. – wycedziła Eris. – TO NIEMOŻLIWE! – zawyła.
   Naraz wszyscy zwrócili się w stronę drzwi.
   O wilku – a raczej o wilkołaku – mowa.
-Cody. – Harvey zacisnął usta zdjęty nagłym wzruszeniem. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek go jeszcze zobaczy.
   W drzwiach stał szczupły wilkołak o jasnych, nieco skudłaczonych włosach, oraz oczach, których barwę trudno było ustalić – być może był to zielony, albo niebieski, albo szary – były to bardzo jasne tęczówki, wśród wilkołaków niezwykle rzadko spotykane.
-CODY McCOOK POWRÓCIŁ! – ryknął Adalbert, wyszczerzając zęby. – NIEMOŻLIWE STAŁO SIĘ MOŻLIWE! TERAZ JUŻ NIC NIE MOŻE SIĘ NIE UDAĆ!
   Eris rozejrzała się. Ku jej zaskoczeniu, naraz wszyscy strażnicy dali nogę, a ci, którzy byli Wtajemniczonymi, zaczęli się powoli wycofywać pod ściany, byle z dala od Cody'ego. Rewolucjoniści wiwatowali na jego cześć. Być może jeden wilkołak więcej nie robił różnicy, ale Cody już dawno stał się symbolem; nadzieją, że kiedyś będzie lepiej. Wszyscy przytakiwali na słowa Adalberta; również i dla nich niemożliwe stało się możliwe, wstąpiła w nich nowa wiara i energia.
   Wilkołak odrzucił jasne włosy do tyłu, dostrzegając swoich przyjaciół. Uśmiechnął się, wciąż nieco zadyszany, po biegu przez tłum. Jack i Seth jeszcze go nie dogonili, ale wiedział, że zaraz się tu zjawią.
-Usłyszałem, że trwa rewolucja! – zawołał, ruszając pewnie przed siebie. Dobrze się bawił, odgrywając ważną postać, którą w rzeczywistości wcale nie był; i dobrze o tym wiedział. Był tylko jednym z wielu. Wiedział też jednak, że rewolucjonistom przydadzą się teraz jego słowa, skoro tak bardzo w niego wierzą.
-A i owszem! – odparł mu Noxar, szczerząc zęby. Cody dostrzegł go w tłumie i uśmiechnął się szeroko.
   Naraz tłum zauważył, że za Codym idzie jeszcze dwójka wilkołaków, którzy również uczestniczyli w wyprawie na Północ; był to Seth Brown i Jack Wolfgang. Rewolucjoniści dostali jeszcze większego „powera". Skoro oni RÓWNIEŻ przeżyli, to CO mogło się teraz nie udać?
-Skopmy zatem kilka tyłków! – ryknął ktoś z tłumu i walka znów rozgorzała. Rewolucjoniści wręcz przyparli Wtajemniczonych do muru; dosłownie. Eris zaciskała pięści, nakazując Wtajemniczonym walczyć zawzięcie, do upadłego, bez brania jeńców, bez okazywania litości.
   Jack, Seth i Cody rozdzielili się, włączając się w wir walki.
   Nikt nie zauważył, że postać Eris unosi się w powietrzu. I nagle urosła dwukrotnie, trzykrotnie, czterokrotnie...
-Świetnie. – syknęła, nadal rosnąc. Teraz była już dziesięć razy większa niż przeciętnie. – Zginiecie wszyscy. WSZYSCY. – powtórzyła dużo, dużo głośniej.
   Rewolucjoniści i Wtajemniczeni przestali walczyć, wpatrzeni w olbrzymią postać demona.
   Nikt więc nie widział, jak Harvey Sadusky zaciska zęby, zdjęty nagłym gniewem. Wstał wyprostowany, zwracając głowę w stronę Eris.
-ON JEST PO NASZEJ STRONIE! – ryknął na całe gardło, żeby zwrócono na niego uwagę.
   Poskutkowało.
-ON NIE ISTNIEJE! – zagrzmiała Eris, i to w taki sposób, że zarówno rewolucjoniści jak i Wtajemniczeni odruchowo skulili się ze strachu. Urosła do tego stopnia, że jej głowa była wielkości dziesięciu Aindreasów. – TO JA RZĄDZĘ TYM MIEJSCEM! JA I WTAJEMNICZENI! TRÓJKĄT JEST MÓÓÓJ!!!
   Nagle rozbłysła olbrzymia błyskawica, która rozdarła niebo – można by pomyśleć, że dosłownie – gdyż nagle na niebieskim niebie pojawiło się coś bardzo dziwnego. Wyglądało to jak chmura koloru brudnej miedzi, ale wkrótce okazało się, że jest inaczej.
   To niebo zmieniało kolor.
   Na początku wszyscy myśleli, że to jakieś sztuczki Eris, ale wkrótce zrozumieli, że jest inaczej. Eris natychmiast zmalała do swoich normalnych rozmiarów, tocząc wzrokiem po niebie z pewną grozą.
   Wyglądało to naprawdę przedziwnie – zupełnie jak dziura w niebie, jak portal do surrealistycznego świata.
   Rozległa się kolejna błyskawica, tym razem głośniejsza. Eris zaczęła się powoli wycofywać. Przerażony Harvey wytrzeszczał oczy na dziurę w niebie, w której kotłowały się czarne chmury.
-Tornado. – wyszeptał powoli Adalbert, wypuszczając z rąk jakiegoś Wtajemniczonego, którego trzymał za kołnierz. Wtajemniczony padł na ziemię z cichym jękiem.
   W Trójkącie jeszcze nigdy nie było burzy, a więc nie było też tornad. Większość mieszkańców Trójkąta nie miała pojęcia co się dzieje, ale byli zdjęci grozą tak samo jak ci, którzy wiedzieli jakie niebezpieczeństwo ich czeka.
   Zapanował chaos.
   Wszyscy rozbiegli się, nie tylko wewnątrz murów, ale także na zewnątrz, w całym Mieście wybuchła anarchia, wszyscy uciekali w kierunku bliżej nie znanym, gnani ślepą paniką.
   Rita przepychała się przez tłum, aż w końcu dotarła do Harveya, ciągnąc go za ramię.
-CO TO JEST? – ryknął Sadusky, gapiąc się do góry.
-HARV! SZYBKO, MUSIMY UCIEKAĆ!
   Jednak Harvey stał, sparaliżowany strachem, nie mogąc przestać patrzeć na miedzianą dziurę w niebie, z której wypływały czarne jak noc chmury.
   Nagle tornado uderzyło, całą swoją mocą, prosto w więzienne budynki. Rita nie widząc innego wyjścia, rzuciła się na Harveya, zmuszając go do padnięcia na ziemię.
   To były straszne chwile.
   Silny wiatr smagał mocno ich ciała, wciskając ciemny pył gdzie popadnie, a w uszach huczało im tak, jakby stali tuż przy olbrzymim wodospadzie. Rita marzyła tylko o tym, żeby Adalbert, Seoirse i Aindreas uszli z życiem. Miała nadzieję, że znaleźli sobie jakąś kryjówkę, że na czas zdążyli się schować.
   W tym samym czasie w całym Trójkącie, w najróżniejszych miejscach pojawiły się podobne dziury w niebie, wysysające jedynie to, co miały za zadanie wyssać.

Heather zawyła, gdy Dexter przejechał nożem po jej ramieniu. Obie kobiety uskoczyły do tyłu, ale inkub szalał, wymachując nożem w ich stronę. Wyglądał przerażająco.
   Nagle Farley zaryczał głośno na zewnątrz.
   Nie wiedzieli co się dzieje.
   Ale nagle cały pokój wypełnił się siwym dymem, przyciskając skuloną Laurę i Heather do ścian. Wszędzie było pełno czarnego piasku, chmur, dymu, ostrych drobinek... Kobiety nie widziały nic, absolutnie nic.
   Dexter wrzeszczał.

Harvey przełknął ciężko. Sekundy ciągnęły się w nieskończoność, a on już prawie nie miał czym oddychać. I kiedy już myślał, że burza nigdy nie ustanie, czarny wir wycofał się – wycofały się wszystkie wiry, które powstały w Trójkącie – wrócił z powrotem do dziury, która natychmiast się zasklepiła.
   Niebo znów było całe i niebieskie, i nigdzie nie było nawet śladów po tym, że była w nim jakakolwiek dziura.
   Harvey uniósł się ostrożnie, patrząc na niebo. Nie mógł już uwierzyć, że to koniec. Czarny pył zniknął. Nikt nie był nawet od niego brudny. Eris także gdzieś zniknęła. Sadusky spojrzał krótko na Ritę, po czym przysunął się do niej jeszcze bliżej i uściskał mocno.
   Rozejrzał się dookoła, dojrzał bliską mu, ranną osobę, po czym wstał na drżących nogach i popędził przed siebie. Był jednak zbyt padnięty, żeby biec szybko. Musiał znaleźć lekarza.
   W końcu dotarł do miejsce, gdzie leżeli – a raczej już się podnosili – rewolucjoniści.
-Wywiało wszystkich Wtajemniczonych! – zawołał ktoś. Rozległo się gorączkowe szeptanie, a Harvey aż przystanął, rozglądając się dookoła.
-HEJ, SŁUCHAJCIE, TA TRĄBA POWIETRZNA ZABRAŁA WSZYSTKICH WTAJEMNICZONYCH!
-Nie, to niemożliwe...
-Ale przecież... jak...
-Słuchajcie, to chyba jest prawda!
-Cody. – jęknął Harvey i popędził przed siebie, zupełnie zapominając o rannej przyjaciółce. Musiał znaleźć swojego kuzyna. Nie mógł uwierzyć, że Wtajemniczonych już nie ma. To się po prostu nie trzymało kupy. To było niemożliwe, nierealne... Wtajemniczeni byli tu zawsze... Ale najgorsze było to, że Cody był jednym z nich...
-Harvey. – Sadusky przestał biec, gdy poczuł czyjąś rękę na ramieniu. Odwrócił się szybko.
-CODY! – krzyknął, jeszcze bardziej zdezorientowany niż przed chwilą. Już nie wiedząc co ze sobą zrobić, uściskał kuzyna z całych sił. – Myślałem, że już nie żyjesz!
-Ty, patrz, ja też. Ale żyję, zobacz, jestem tu. – dodał, kiedy Sadusky go puścił.
-No wiem! – Harvey nie potrafił przestać krzyczeć ze zdumienia. – Ale JAK? CO SIĘ TU W OGÓLE STAŁO?
-To już postaram się ustalić z chłopakami. – odparł mu Cody, wskazując kciukiem na Jacka i Setha. – Kiedy już to ustalimy, powiadomimy społeczeństwo o tym, co się stało. Po za tym, stary, nawet nie masz pojęcia ile przygód przeżyliśmy na Północy! – dodał, szczerząc zęby. – Chyba mógłbym napisać o tym książkę...
   Napisałem, dodał w myślach, wspominając swoje dzienniki.
-Stary. Nie masz pojęcia, jak bardzo mam o tym pojęcie. – pokiwał głową Harvey.
-Co? – Cody nie do końca zrozumiał. – Co masz na myśli?
-Nieważne.
-O mój Boże... – wyszeptał McCook, patrząc na coś, co było ponad ramieniem Harveya.
-Co, co jest? – Sadusky obejrzał się, a jego kuzyn szybko go wyminął, biegnąc w stronę wilkołaczej dziewczyny z ciemnymi włosami, spiętych z tyłu w kucyk.
-Alexa! – zawołał Cody, po czym padli sobie w ramiona. – Myślałem, że już cię nie zobaczę...
-Myślałam, że już nie wrócisz... – usłyszał tuż przy swoim uchu.
   Cody miał ochotę skakać z radości. Nareszcie, po tylu miesiącach, znów przytulał się do Alexy! Przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej.
-Kocham cię... – wyszeptał, czując, jak się w niego wtula.
-Posłuchaj... Znasz może kogoś, kto mógłby powstrzymać krwotok mojej przyjaciółki? – usłyszeli Harveya za swoimi plecami.
-No nie wiem... – to był głos Noxara. Po chwili dołączył do nich Adalbert.
-Hej, Harvey, zobacz, jakie to niesamowite, że wszyscy Wtajemniczeni zniknęli, a Cody...
-Potrzebujemy lekarza. – przerwał mu Noxar.
-Lekarza? – prychnął Adalbert. – Znam taką jedną. Ma na imię Rita White.
-Tak, ale nie ma przy sobie sprzętu, ani nic... – mruknął Harvey. – A to coś poważnego... Blanche umiera!
-C-CO? – Adalbert chyba naprawdę się przestraszył. – No to trzeba znaleźć jakiegoś lekarza i to szybko!
-Nie, no coś ty. – sarknął Sadusky. – Nie wiedziałem.
   Alexa rozluźniła uścisk, żeby spojrzeć w ich stronę.
-Potrzebny wam lekarz? – spytała.
-Tak, jesteś nim? – spytał Harvey z nadzieją.
-Ja nie, ale Gary Smith tak. – przytaknęła głową. – To kotołak, właśnie składa tych, którzy najmocniej oberwali. – wskazała w stronę umięśnionego kotołaka, z cętkami na całym ciele, jak u ocelota. Cody odszukał starego przyjaciela wzrokiem i wyszczerzył zęby na jego widok.
-Dziękuję, dziękuję... – wymamrotał Harvey, szybko potrząsając ręką dziewczyny, po czym pobiegł po Gary'ego.
   Już po chwili Smith zszywał bok rannej Blanche Sparrow.
-Straciła dużo krwi. – przytaknął głową kotołak, patrząc na nich smutno.
-Ale nie umrze? – spytał Harvey z nadzieją. On, Adalbert, Rita i Seoirse pochylali się nisko nad nimi. Aindreas stał z boku, obejmując swoją żonę, Marion, patrząc smutno na cierpiącą Blanche.
-Tego nie jestem w stanie stwierdzić. – Gary westchnął ciężko.
   Po chwili podszedł do nich Noxar, starając się odciągnąć Harveya od Blanche.
-Chodź, Harvey. – powiedział do niego. – Trzeba jej zrobić trochę miejsca, nie ma czym oddychać.
-Tak... Masz rację... – wybełkotał Sadusky, puszczając mimo uszu to, że jego syn nazwał go po imieniu. Zresztą, jeżeli się nad tym zastanowić, nie było w tym nic dziwnego. Pozwolił mu się odciągnąć na bok.
-Adalbert? – spytała wilkołaczka Gloria, podchodząc ostrożnie do kolegi z dzieciństwa. – Co się stało, kto to jest?
   Jednak wampir milczał, nadal stercząc przy Blanche.
-Hej, pomożesz mi? – zagadnął ją Noxar. – Trzeba ich od niej odciągnąć, bo zabierają jej tlen. Przy okazji, jestem Noxar Sadusky.
-Gloria Young. – odparła, pomagając mu odciągnąć Adalberta na bok. Później zajęli się Ritą i Seoirsem, do których również nic nie docierało.
   Adalbert westchnął ciężko, rozglądając się z pewnym rozczarowaniem.
   Nikt nie świętował nagłego zniknięcia Wtajemniczonych. Jako mały chłopiec zawsze marzył, że pewnego dnia wybuchnie jakieś powstanie przeciwko nim, jakaś rewolucja. I proszę, powstała. Ale nie tak to sobie wyobrażał. Do nikogo jeszcze nie dotarło, co tak naprawdę oznaczała utrata klasy rządzącej. Wszyscy jedynie chodzili i zbierali swoje rodziny, oraz znajomych i przyjaciół, opłakując zmarłych, na krwawym polu bitwy. Zawsze wyobrażał sobie, że zaraz wybuchnie jakieś wielkie przyjęcie, że poleje się piwo. A tymczasem wybuchały jedynie głośne i ciche szlochy, lały się łzy.
   Jeżeli TAK wyglądały wojny, to on nie chciał już brać udziału w żadnej. NIGDY.
   Pamiętał pierwszą i drugą światową, ale to nie było to samo, bo wtedy wszyscy siedzieli upchnięci w Trójkącie, kręcąc głowami z irytacją i czekając, aż to się skończy.
   Nagle jego rozmyślania przerwała smukła postać, poruszająca się żwawo przed siebie. Nie szła jednak w jego stronę.
-Ivy. – wyszeptał Adalbert, dobiegając do wampirzycy, która szła w stronę wyjścia. – Dokąd idziesz? – spytał, chwytając ją za ramię.
   Wyrwała mu się, patrząc na niego ze złością i odrazą.
-Do świata ludzi. – odparła chłodno. – Mam pracę w nowojorskim radiu. Wracam do niej.
-A nie chciałabyś raczej...
-Nie. – przerwała mu. Adalbert wlepił w nią oczy, zaskoczony. – Czas zacząć sobie radzić samej... Nie ma już Wtajemniczonych. Jesteśmy wolni. Wszyscy. A ja... Rozpoczynam nowe życie. Żegnaj, Ad. – dodała, odchodząc.
-Ivy... – wyszeptał wampir, patrząc za nią tak długo, aż zniknęła mu z oczu.
Tymczasem Cody, Alexa, Jack i Seth pomagali „sprzątać" resztę rannych.
   Cody nie myślał, kiedy pracował. Był szczęśliwy, że powrócił do domu. Jednak Seth i Jack znowu czuli się tak, jakby zbierali truchła minotaurów.
   Po drugiej stronie Jeziora.
   Przydałby im się Farley...

Heather i Laura uznały, że w pokoju jest czysto, zupełnie tak, jakby nie było tu żadnego tornada. Oba budynki stały nietknięte. Jedynie Farley trochę trząsł się ze strachu. Z ramienia Heather sączyła się krew, jednak dało się ją łatwo zatamować, bo rozcięcie nie było głębokie.
   Dexter Robinson zniknął.
   Na środku pokoju leżał jedynie nóż kuchenny.

CDN
SORRY! Only in Polish!!!
:iconolga950:
Olga950 Featured By Owner Feb 25, 2012  Hobbyist Traditional Artist
Nie mogłam się doczekać tego rozdziału!
PS Jak to możliwe, że pierwsza to komentuję? :o
Reply
:iconwhitebag:
WhiteBAG Featured By Owner Feb 25, 2012  Hobbyist Digital Artist
Nie mam bladego pojęcia :shrug:
Reply
Add a Comment: