Rozdział 28 – Antybiotyki i formalności
Harvey Sadusky biegł przed siebie.
Pędził na złamanie karku z półprzytomną Blanche na rękach, i pomimo tego, że Adalbert był od niego szybszy, to wampir ledwo mógł za nim nadążyć.
Sadusky już widział Ścianę, już prawie wbiegł do odpowiedniego portalu do Świata Ludzi...
-NIE! – drogę zagrodził mu, w ostatniej chwili, Cody McCook. – Poczekaj... – wydyszał, zasłaniając portal własnym ciałem. – Nie możesz...
-NIE MOGĘ? – ryknął Harvey.
-Nie wolno ci... Wynieść jej z Trójkąta teraz... I dobrze o tym wiesz...
-Trzeba ją ratować! MUSZĘ ją ratować! – krzyczał Harvey, tracąc panowanie nad sobą.
Wilkołak nie miał zamiaru czekać, aż Blanche zginie. Musiał zdobyć lekarstwa, choćby teraz, zaraz. I nikt, nawet zadyszany i zmęczony Cody, nie powinien go zatrzymywać!
Gary stwierdził u Blanche gorączkę. Jedyna nadzieja spoczęła w ludzkich lekarstwach.
-Nie możesz wyjść z kimś, kto ma gorączkę, na Powierzchnię! Szansa, że pozaraża wszystkich ludzi na swojej drodze jest zbyt wysokie! – mówił dalej Cody, siląc się na spokój.
-Ja polecę po leki. – zaofiarował się Adalbert, w końcu go doganiając.
-Ale... – Harv już miał zamiar protestować.
-Nie obraź się, ale mam więcej wspólnego z ludźmi niż ty. Załatwię to najszybciej jak umiem, obiecuję. – Adalbert ruszył w stronę portalu. Cody przepuścił go. – Ale co mam kupić?
-Penicylinę! I wszystkie antybiotyki jakie mają! – zawołała za nim Rita, która również właśnie dobiegła pod Ścianę. Adalbert kiwnął głową i przeszedł przez portal. Po chwili dobiegli do nich również Alexa, Noxar i Seoirse White.
Harvey upadł ciężko na ziemię, szarpiąc za ramię Blanche.
-Nie poddawaj się, proszę... – wilkołak poczuł, jak do oczu napływają mu łzy. – Musisz żyć, Blanche, po prostu musisz!
-Ma bardzo słabą odporność... – westchnęła smutno Rita, klękając obok niego. – Jak wszyscy ludzie.
-Zaraz, LUDZIE? – powtórzyła Alexa ostro, marszcząc czoło.
-To długa historia... – mruknął Adalbert, pojawiając się obok nich. – No, mam te leki...
-Trzeba je rozpuścić w wodzie... – zaczęła Rita, a Harvey natychmiast zerwał się i popędził z Blanche na rękach do pierwszego lepszego domu na obrzeżach miasta.
Wyglądało na to, że właściciele mieszkania gdzieś wybyli. Harvey wyważył zamknięte drzwi i w pośpiechu znalazł kuchnię. Adalbert, Rita, Seoirse, Alexa, Noxar i Cody podążali za nim. Rita szybko znalazła szklankę i nalała do niej wody, a Adalbert szybko zaczął rozpuszczać lekarstwa.
-Masz, Blanche... pij... – ostrożnie wlali jej płyn do gardła. Zakrztusiła się i zaczęła kaszleć, zdjęta gwałtownymi dreszczami.
-Musi się gdzieś położyć... – stwierdziła Rita. – Gdzieś się wygrzać.
-Proponuję mój dom. – zaproponował Cody, chcąc ulżyć cierpiącej. Nie znał jej, ale widać było, że dla Harveya znaczy wiele.
-NIE! – przerwał Noxar, trochę za głośno. Zmieszał się. – Twój jest... Za daleko.
-Mój jest bliżej. – zaoferowała się Alexa cicho.
-Świetnie. – Harvey wlepił w nią oczy. – Ty prowadzisz.
Popędzili za Alexą do jej domu. Faktycznie, nie był aż tak daleko. Alexa szybko otworzyła drzwi i wpuściła ich do środka. Wpadli do jej sypialni i ułożyli Blanche w ciepłym łóżku, przykrywając kołdrą.
-Trzeba zbić jej temperaturę... – Ricie zatrząsł się głos. – Jakimiś okładami, albo czymś takim...
Adalbert i Seoirse brali małe ręczniki od Alexy, moczyli je w wodzie i kładli Blanche na czole. Harvey chciał pomagać, ale za bardzo trzęsły mu się ręce, więc Rita kazała mu usiąść i odetchnąć.
Po pewnym czasie Blanche zaczęła coś mamrotać.
-Cicho! – krzyknął Harvey, dopadając do łóżka. – Coś mówi...
Alexa i Rita instynktownie wypchały z pokoju Noxara, Seoirse'a i Cody'ego, zamykając za sobą drzwi.
-Nie będzie podsłuchiwania. – Alexa splotła ręce. – Do kuchni. Ale już.
Noxar, Seoirse i Cody, chcąc nie chcąc, zawrócili. Wampir usiadł na kanapie, oddychając ciężko. Noxar podszedł do kominka, rozniecił płomień i wpatrzył się w nie, zamyślony. Rita próbowała siedzieć na kanapie razem z Seoirsem, ale nie mogła usiedzieć i bez przerwy wstawała.
-Dlaczego są tacy poruszeni? – spytał Cody cicho. Alexa wzięła go za rękę i poprowadziła do kuchni.
-Nie wiem. – odparła, biorąc się za robienie herbaty. – Nie wiem kim jest Blanche, ale, no wiesz... konwencja genewska i te sprawy...
-Tak, rozumiem. – Cody wyjął z jej dłoni kubek, odstawił go, po czym mocno przytulił wilkołaczkę. – Tęskniłem.
-Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jesteś... – Alexa wtuliła się w niego.
Wypuścili się z objęć, dopiero, gdy ktoś zapukał do drzwi. Alexa minęła Cody'ego i poszła otworzyć.
-Słyszałem, że tu jesteście. – zabrzmiał tubalny głos Aindreasa White'a, wampira sporych rozmiarów, posturą przypominającego niedźwiedzia. Towarzyszyła mu jego żona, Marion. Alexa wpuściła ich do środka, mówiąc, by się rozgościli, po czym wróciła do kuchni.
Nastała nieco niezręczna cisza, nikt nie miał ochoty się odezwać.
Kilka minut później Adalbert i Harvey wyszli z pokoju.
Seoirse natychmiast wstał z kanapy na której siedział. Na tej samej kanapie siedzieli również Aindreas i Marion. Alexa i Cody wyjrzeli z kuchni. Noxar odwrócił się od kominka, by na nich spojrzeć. Rita patrzyła wyczekująco to na jednego to na drugiego, czekając na jakąkolwiek reakcję.
-Blanche Sparrow nie żyje. – powiedział Adalbert głucho, rozdzierając ciszę, która zapadła w salonie, jednocześnie przypieczętowując to, czego tak się obawiali.
Harvey pochylił się niebezpiecznie, i na pewno upadłby, gdyby w porę nie złapałby się za framugę drzwi. Wtulił w nią twarz, głośno płacząc i osuwając się na ziemię.
Adalbert ruszył przed siebie, nie patrząc na nikogo. W milczeniu wyszedł z mieszkania.
Musieli podać Harveyowi z tuzin herbatek uspokajających, żeby przestał łkać i zechciał przyjąć tabletki ziołowe. Posadzili go na sofie i przykryli kocem. Nie było sensu go pocieszać.
Aindreas i Cody poszli szukać Adalberta. Znaleźli go dopiero po godzinie, przy Ścianie. Lażał na ziemi zwinięty w kłębek, oczy miał zaczerwienione, a twarz mokrą od łez. Wyglądał żałośnie, chociaż może nie aż tak żałośnie jak Harvey.
-Dlaczego ta Blanche była aż taka ważna? – spytał Cody Noxara, gdy udało mu się zaciągnąć Adalberta z powrotem do domu Alexy.
-Może sam ich o to zapytasz? – mruknął Noxar, zerkając na swojego ojca. Harvey Sadusky zasnął, ale co chwila się budził i łkał.
-To dobry pomysł. – McCook westchnął ciężko.
Cody prowadził Przełożonego oraz całe rodzeństwo White'ów do swojego gabinetu w Kwaterze Głównej. Pomieszczenie to było naprzeciwko głównego wejścia, więc nie szli zbyt długo. Cała szóstka znalazła się wkrótce w gabinecie McCooka. Był to całkiem spory, ładnie urządzony pokój. Naprzeciwko dębowego biurka stało krzesło, a przed kominkiem kilka foteli.
-Siadajcie, rozgośćcie się, zrobię wam herbaty. – mruknął Cody nieco roztrzepanym tonem.
Jego goście zajęli niepewnie fotele, patrząc jak on sam nastawia wodę. Po chwili usiadł za swoim biurkiem, szperając po szufladach, aż w końcu znalazł to czego szukał – dla Adalberta był to jedynie stos papierów.
Nagle do gabinetu wszedł Jack Wolfgang, nawet nie pukając.
-Hej, stary, wszędzie cię szukałem... – zaczął, ale jego wzrok padł na Sadusky'ego i White'ów. – O, przepraszam...
-Nie, nic nie szkodzi... – Cody zabrał ze sobą stos kartek. – Wybaczcie mi na momencik... – dodał i wyszedł razem z Jackiem.
-O co chodzi? – spytał zamykając za sobą drzwi.
-Tom Burton nie żyje. – powiedział Jack pusto. – Wtajemniczeni spalili dom. Nie ma tam już nic, spłonęła cała rodzina Laury. Nie miałaby tu po co wracać. Seth nadal przeszukuje zgliszcza, razem z Garym.
-A tak liczyłem, że sobie odpocznę... – Cody jęknął. – Wracam i znów muszę pracować...
-Co to za papiery? – spytał Jack.
-Ach, te... Możesz je zanieść Alexie? To formalności do wypełnienia.
-Jasna sprawa. – Wolfgang wziął dokumenty. Jeszcze rok temu Cody nie potrafiłby mu zaufać. Ale wszystko się zmieniło.
-Noxar pewnie będzie chciał pomóc... Ale ja musze wracać, chcę zamienić słówko z moim kuzynem i rodzeństwem White.
-Powodzenia. Zgaduję, że spotkamy się później. – Jack uśmiechnął się i odszedł korytarzem, a Cody powrócił do gabinetu.
-O, widzę, że woda już się zagotowała. – oświadczył żwawo, natychmiast wyciągając kilka kubków. Adalbert, który nieco drzemał, ocknął się i spojrzał na niego spode łba. – Herbata gotowa. – dodał wilkołak, rozdając każdemu po kubku. – Pijcie, to wam dobrze zrobi.
Później znów usiadł za biurkiem, splótł dłonie i położył je sobie na ustach, łokciami opierając się o chłodny blat biurka. Patrzył przez chwilę w skupieniu na swych gości, dopóki nie połapali się, że powinni być zwróceni w jego stronę. Przekręcili fotele tak, żeby również móc swobodnie na niego patrzeć.
-Pewnie zastanawiacie się po co was tu przyprowadziłem. – powiedział, wzdychając nieco.
-Nie bardzo. Możemy już iść? – spytał Adalbert, a Rita trąciła go mocno łokciem. Cody udał, że tego nie słyszał.
-Cóż... Nie wszystko jest dla mnie jasne... – Cody znów wyjął spod blatu jakieś papiery i zaczął je w roztargnieniu przeglądać. – Myślałem, że po podróży udam się na zasłużony wypoczynek, chociażby chwilowy, ale widzę, że sprawa wygląda na o wiele bardziej... złożoną.
Adalbert prychnął pod nosem lekceważąco.
-Żeby móc osądzić to i owo... – mruczał dalej Cody. – ...a potem jeszcze odpowiadać na wasze pytania, bo na pewno macie ich mnóstwo... Muszę się najpierw dowiedzieć kim była Blanche i dlaczego była taka ważna. – dokończył, patrząc na nich wyczekująco.
Harvey westchnął ciężko. Miał nadzieję, że pójdzie spać, starając się o tym wszystkim zapomnieć, ale okazało się, że będzie musiał przejść przez to jeszcze raz, opowiadając o tym, kim była Blanche, i o tym wszystkim, co przeżył.
Zaczął więc mozolnie długą opowieść o tym, jak laboratorium Wtajemniczonych wybuchło, i o tym, jak jedna z eksperymentów – Blanche – uratowała się szybką ucieczką. Mówił o tym jak zabrał ją tutaj, o tym jak nadał jej imię i nazwisko od jej zdolności zmieniania postaci. Jedną godzinę była człowiekiem, drugą była wróblem, i tak w kółko. Dodał też, że nie była udanym eksperymentem; miała kłopoty ze swoimi nogami.
Od czasu do czasu Harveyowi pomagał mu Adalbert, opowiadając o lekcjach muzyki, które przeprowadzał razem z Blanche. Cody rzadko im przerywał. Zazwyczaj tylko wtedy, gdy chciał się wypytać o jakiś szczegół.
W końcu doszli do momentu, w którym Wtajemniczeni wkroczyli do akcji. Adalbert bełkotał pod nosem o tym jak uciekł z Blanche i pomógł jej uciec przez portal na Powierzchnię. Harvey wspomniał cicho o tym, jak Wtajemniczeni zaczęli go torturować w jego własnym gabinecie, za to, że im się przeciwstawił; i jak ucięli mu rękę.
Potem do opowieści wkroczyli również Rita, Seoirse i Aindreas, mówiąc jeden przez drugiego jak to razem z Adalbertem zabrali Harveya sprzed nosa Wtajemniczonym, i zaczęła się brawurowa ucieczka uliczkami miasta, aż do ich domu-kryjówki. Tutaj urwali, patrząc niepewnie na Cody'ego. Zaśmiał się.
-Zgaduję, że wasz dom nie jest zarejestrowany w Trójkącie legalnie, tak? Spokojnie, nic wam nie grozi. Mówcie dalej.
Seoirse mówił o tym, jak razem z Aindreasem poszli na zwiad, a Rita mówiła, że opatrzyła Harveyowi rękę, i razem z Adalbertem czekali, aż wrócą ich starsi bracia. Adalbert wspomniał coś o tym, że Ivy Wheeler chciała iść razem z nimi na Powierzchnię, ale jej nie pozwolił. Później mówili, jak ruszyli pod Ścianę, postanawiając szukać miejsca, w którym wylądowała Blanche. Chcąc uniknąć spotkania z Wtajemniczonymi, przeszli przez portal na Syberię.
Jednak na Syberii już na nich czekali, więc ukradli pierwszy lepszy samochód i uciekli na zachód. Zaczęła się ich długa, długa wędrówka, bo tak naprawdę, to nie mieli pojęcia gdzie mogła wylądować Blanche. Wspomnieli o tym, że Wtajemniczeni ruszyli za nimi, i zastawili na nich pułapkę w lesie, z której cudem umknęli. Wspomnieli o tym, że skręcili trochę za bardzo na północ i musieli potem wracać, żeby dotrzeć do centrum Europy. W Polsce zabrakło im paliwa i pieniędzy.
Harvey odkrył, że ta opowieść wcale go nie męczy. Wręcz przeciwnie. Kiedy White'owie dołączali się do jego opowieści, czuł, że zrzuca z siebie ogromny ciężar, że dzięki tej opowieści robi mu się lżej...
Już po chwili paplali, niemal z radością o swoim małym koncercie, za który zdobyli pieniądze na dalszą podróż, gadali jeden przez drugiego o tym jak dotarli do Francji, jak ich znajomy wampir, Tomaltach Black, pomógł im przedostać się do USA, jak kontynuowali podróż zatrzymując się w motelach, bo spanie w samochodzie zrobiło się męczące. Mówili o tym, jak Aindreas wrócił do Trójkąta, do rodziny, a jego miejsce zajęła Ivy Wheeler, której w końcu udało jej się ich wyśledzić. Adalbert mówił coraz szybciej o tym, jak w końcu udało im się odnaleźć Blanche, ale nagle urwał i oklapł w swoim fotelu.
-Co się stało? – spytał Cody łagodnym tonem.
-Wtajemniczeni zastawili na nas pułapkę. – wyjaśniła Rita. – Złapali mnie, Adalberta i Blanche, i zaciągnęli nas z powrotem do Trójkąta. Uwięzili nas w celach, bili, przesłuchiwali...
-Ale ja, Harvey i Ivy jakoś uciekliśmy. – dodał szybko Seoirse. – Obmyśliliśmy krótki plan, który miał wiele wad, ale... no... udał się. Uratowaliśmy Adalberta, Ritę i Blanche, przy okazji rozpętując małą wojnę przeciwko Wtajemniczonym... – wampir zastanowił się. – I tutaj zaczynają się schody... Co tak właściwie się tam wydarzyło?
Cody nie odpowiedział od razu, analizując wszystkie fakty.
-Harvey... – powiedział zamiast odpowiedzi na pytanie Seoirse'a. – Czy wiesz może jaki numer eksperymentalny miała Blanche?
-To było... – Sadusky zastanowił się, wpatrując się w pusty kubek po herbacie, który nadal trzymał. – Chyba trzynaście... Nie wiem. Nie pamiętam.
-Trzynaście? – powtórzył Cody ostro. Harvey spojrzał na niego, zaskoczony tym nagłym wybuchem. – Jesteś pewien? – nie czekając na odpowiedź zerwał się z miejsca i podszedł do czegoś, co wyglądało jak kartoteka w bibliotece.
Wyjął jedną z szufladek i zaczął gorączkowo przeglądać zawartość. Przecież był w Laboratorium na początku tej szalonej wyprawy na Północ! Przecież Wtajemniczony sam pokazywał mu niektóre eksperymenty! Przecież Cody sam widział eksperyment trzynasty! W końcu znalazł to, czego tak szukał. Była to karta numer trzynaście. Rzucił ją na stół, dając do zrozumienia swoim gościom, żeby podeszli bliżej. Uczynili to, wytrzeszczając oczy na kartę, którą wyciągnął Cody.
Było na niej mnóstwo znaków i kodów genetycznych, które nic Adalbertowi nie mówiły. Jedyne, co zwróciło jego uwagę, był rysunek wykonany ołówkiem, przedstawiający piękną dziewczynę, oraz napis na górze karty.
-Projekt „Afrodyta". – przeczytał Cody głośno. – Kosztował fortunę. – dodał, kiwając głową.
-Wygląda całkiem jak Blanche... – wyszeptał Harvey. – Tylko, że tu jest ładniejsza...
-Gdyby posiedziała w słoju dłużej, wyglądałby właśnie tak. – Cody pokiwał głową. – Był to jeden z głównych eksperymentów Eris. – dodał, a Harvey spojrzał na niego wielkimi oczyma.
-To pewnie dlatego Eris wkroczyła do akacji... – wyszeptał Sadusky powoli. – Chciała odzyskać swoją własność... Dokończyć swoje eksperymenty...
-Jako Wtajemniczony dowiedziałem się co nieco o tym projekcie. – dodał Cody, nadal kiwając lekko głową. – Afrodyta miała być pomocnicą Eris, odwalać czarną robotę. Miała skłócać ze sobą mężczyzn, doprowadzać do wojen. Nic dziwnego, że przeszliście za nią pół świata. Ona właśnie tak miała działać. Zainwestowano w nią ogromne pieniądze...
Nastała cisza. W końcu Cody przerwał ją, głośnym gwizdem. Spojrzeli na niego. Ku ich zdumieniu, uśmiechał się.
-Widzę, że wasza historia jest równie interesująca jak i moja. Nie będę was jednak zamęczał swoimi przygodami, jakie przeżyłem na Północy. Macie swoje własne przeżycia. Jednak...
Schował kartę z projektem „Afrodyta" z powrotem do kartoteki, po czym usiadł za biurkiem. Jego goście znów rozsiedli się w fotelach.
-Czeka przed nami jeszcze całe mnóstwo formalności.
-A co z pytaniami? – przerwał mu Seoirse. – Ja mam na przykład całe mnóstwo.
-Wal.
-Czy Eris przeżyła tornada?
Cody westchnął smutno.
-Obawiam się, że tak. On nie stworzył jej, wiec nie mógł jej zniszczyć. Prawdopodobnie gdzieś się ukrywa. I zapewne będzie chciała przejąć władzę nad Trójkątem jeszcze nie raz. Na pewno kiedyś powróci. W najmniej oczekiwanym momencie.
-Czym właściwie były te tornada? – dodał Harvey.
-Cieszę się, że o to zapytałeś drogi kuzynie. – tym razem Cody obdarzył ich uśmiechem. – Wygląda na to, że to ty je wywołałeś, drogi Harveyu.
-JA?! – wszyscy wytrzeszczyli oczy na McCooka.
-Tak, ty. Tam, na dziedzińcu więziennym pokazałeś głęboką wiarę w Niego, a On, słysząc to, co odpowiedział ci Eris, postanowił zainterweniować. Pokazał Eris gdzie jej miejsce i kto tak naprawę rządzi Trójkątem. Unicestwił wszystkich jej Wtajemniczonych. Gdyby nie twoja wiara, kto wie, co by się stało. A gdyby Adalbert nie dałby się złapać... – dodał po chwili. – Kto wie, jak wyglądałaby cała sytuacja w tymże momencie. Dziękuję wam obu.
-Ale skoro On unicestwił wszystkich Wtajemniczonych... – Adalbert pokręcił głową. – To dlaczego ciebie nie?
-Bo byłem jedynym Wtajemniczonym, który odszedł od Wtajemniczonych. – odparł krótko Cody, ku zaskoczeniu wszystkich. – Nie jestem jednym z nich już od dłuższego czasu, ale nie mogłem o tym nikogo poinformować, bo byłem na wyprawie na Północ.
-Ja mam jeszcze jedno pytanie. – poinformowała Rita. – Co się stało z tymi strażnikami z więzienia, tymi, którzy nie byli Wtajemniczonymi? Nie, żebym bardzo się o nich martwiła...
-Błąkają się bez celu i nie wiedzą co mają ze sobą zrobić. – Cody westchnął. – Będę się musiał nimi zająć...
-Co z nimi zrobisz? – spytał Aindreas.
-Zaplanowałem, że ustawię ich przy Ścianie, by pilnowali portali. Ktoś jednak MUSI to robić. No dobra, skoro nie macie więcej pytań, to chyba przejdziemy do formalności... Po pierwsze społeczeństwo jest wam bardzo wdzięczne za unicestwienie Wtajemniczonych, więc zdejmuję z was wszystkie zarzuty, jakie kiedykolwiek wam postawiono.
White'owie wymienili zachwycone spojrzenia.
-Pozostaje jeszcze kwestia Blanche Sparrow. Trzeba ją będzie pochować. Wolicie, żeby to był cichy pogrzeb?
-Tak. – odparł Harvey. – Zaprosimy tylko kilka osób... Tylko tych, którzy ją znali. Blanche nie potrzebuje bohaterskiego pożegnania...
-Dobrze... Zaraz się tym zajmę, ale na początek muszę wydać strażnikom nowe polecenia... Aha, i jeszcze coś... Czy Blanche miała jakąś ostatnią wolę?
-Tak, miała. – mruknął Adalbert, po czym wymienił spojrzenia z Harveyem.
-Świetnie. – Cody ruszył do drzwi. – Zajmijcie się tym. Ja mam jeszcze całe mnóstwo pracy...
CDN