deviant art

Deviant Login Shop  Join deviantART for FREE Take the Tour
×

More from ~WhiteBAG


×
Rozdział 30 – Pożegnanie

Cody McCook powoli podniósł głowę.
   Widział litery.
   Jakieś kartki przykleiły mu się do nosa.
   Zerwał je, z cmoknięciem niezadowolenia.
   Był w swoim gabinecie. Najwidoczniej zasnął przy biurku. Ale jak on tu trafił?
   Bolała go głowa. Nic nie pamiętał.
   Dopiero po kilku chwilach na brzeg jego świadomości wypłynęła wiadomość zaadresowana do niego. Wyłowił ją z trudem i odczytał. Brzmiała następująco:
   Masz kaca.
   Zaraz miała się tu zjawić Alexa z herbatą, tak jak zwykle. Przetarł załzawione oczy, a potem zerknął na stosy papierów leżące przed nim. To dziwne. Przygoda jego życia właśnie się skończyła, ale samo życie wcale nie zamierzało pozwolić, by udał się na udany odpoczynek, by spoczął na laurach. Został mianowany burmistrzem i przez resztę życia miał siedzieć za tym biurkiem, pilnując ładu i porządku. Wszystko toczyło się dalej. Nic się nie zmieniło.
   Wszystko się zmieniło.
   Jack się zmienił.
   Seth się zmienił.
   Cody się zmienił.
   Laura została Istotą Życia.
   Poznali Heather.
   Florenda Houn zginęła.
   Jej rodzina także.
   Wtajemniczeni zniknęli.
   Cody został nowym wodzem.
   Będzie współpracował z Harveyem.
   Eris ukryła się i nieprędko wróci.
   Drzwi otworzyły się.
   Do środka wszedł Gary Smith, z tacą na której stała elegancka filiżanka pełna herbaty, oraz cukiernica i zdobiona, srebrna łyżeczka.
   Cody przetarł oczy.
-Okazyjnie to ja przynoszę ci herbatę. – zaśmiał się kotołak, widząc jego zdumioną minę. – Bo wiem, że ją potrzebujesz, a nikt inny ci jej nie przyniesie.
-Najbardziej dziwi mnie to, że jesteś trzeźwy, w przeciwieństwie do mnie... – wymamrotał wilkołak. – Gdzie Alexa?
-Śpi. Jak wszyscy. Nie prędko się obudzą. – Smith uśmiechnął się pod nosem. – Ulice są teraz tak przyjemnie puste, zupełnie jak wczesnym rankiem po sylwestrze. To dobry czas na spacer, więc wybacz, że nie zostanę tu z tobą.
-Z-zaczekaj... Gdzie są wszyscy, co... co się stało?
   Gary Smith zmierzył przyjaciela wzrokiem, po czym wybuchnął się śmiechem.
-O kurczę, naprawdę masz dziurę w pamięci! I nic dziwnego...
-Dlaczego, co się stało?
-Urządziłeś dziką imprezę. Zeszło się chyba całe miasto. Ci, co nie zmieścili się w klubie, świętowali na ulicach. Odejście Wtajemniczonych, ma się rozumieć. No i twój powrót z Legendarnie Niebezpiecznej Wyprawy O Której Chodzą Plotki.
-Ojesus... – Cody ukrył twarz w dłoniach.
-Żebyś ty to pamiętał... Znajomi Harveya, rodzeństwo White'ów, te wampiry, sam wiesz... Weszły na scenę i zaczęły grać tak, że aż trzęsły się domy... Pamiętam, że grałeś w bilard na zakłady... założyłeś się z Sethem, że jak przegrasz, to oświadczysz się Alexie.
  Cody wlepił w Gary'ego oczy, czekając na dalsza relację.
-Przegrałeś. – kotołak wzruszył ramionami.
-Ojesus... – Cody zanurzył głowę w stertach papieru.
-Czekaj, czekaj, to nie koniec. – mówił tamten z szerokim uśmiechem. – Jack sprzedał komuś swój dom i dostał gotówkę do ręki, a całą forsę od razu oddał tobie, mówiąc, że spłaca dług. Lał się szampan i nim się wszyscy obejrzeli, już wszedłeś na stół i rzucałeś tymi pieniędzmi w stronę tłumu. Już ich raczej nie odzyskasz. – dodał, nieco złośliwie.
   Spod papierów dało się usłyszeć przytłumione „ojesus".
-Impreza skończyła się grubo po północy, kiedy jakiś napity narwaniec chciał zgwałcić tą kelnerkę, tej, no, Jak Jej Tam. Wtedy jeden z White'ów zeskoczył ze sceny i przywalił kolesiowi w ryj. Żebyś ty to pamiętał, to było takie piękne...!
-Wszystko bardzo fajnie, ale... – Cody wyjrzał spod papierów. – Jakim cudem ty to zapamiętałeś, a ja nie?
-Ja nie piję. – Gary popukał się w skroń. – Pójdę już. A tobie radzę pogadać z Alexą. Być może o wszystkim zapomniałeś, ale ona być może co nieco pamięta.
   Gary już stał przy drzwiach, kiedy odwrócił się w stronę Cody'ego i posłał mu złośliwy uśmieszek.
-Mogę być waszym świadkiem?

Papiery, papiery, papiery... musiał załatwić cztery wesela i pogrzeb... Na razie mieszkał u Alexy, a ona i Noxar we wszystkim mu pomagali. Nazbierało się tego, podczas jego nieobecności. A musiał jeszcze, jakby tego było mało, zgromadzić nową Radę Miejską, bo poprzednia składała się niemalże z samych Wtajemniczonych.
   Wszedł do Kwatery Głównej Wampirów. W Sali Zebrań, nie licząc okrągłego stołu, stał, jak się można było spodziewać, wampir. Wyglądał na nieco znerwicowanego, nosił okulary o grubych szkłach, a jego włosy były lekko potargane, jakby zapomniał się dziś rano uczesać. Kiedy Cody otworzył drzwi na oścież, wampir drgnął gwałtownie i o mało co nie wypuścił teczek, które trzymał.
-Pan McCook...! – powiedział głośnym szeptem, garbiąc się odruchowo. Wyglądał tak, jakby często go zastraszano.
-Kim jesteś? – spytał Cody. Noxar i Harvey, którzy mu towarzyszyli, rozglądali się dookoła. Oprócz okrągłego stołu wypełniającego całą przestrzeń, stały tu jeszcze półki na książki, oraz szafki. Podłogę i ściany pokrywały drewniane panele, a całe pomieszczenie wyglądało bardzo... urzędowo. To tu zwykle odbywały się zebrania Rady.
-Ludo... Ludovic Robson. Jestem... Byłem... Skarbnikiem. – wymamrotał wampir, zerkając niepewnie w stronę Cody'ego.
-Gdzie są wszyscy?
-Już ich tu nie ma, proszę pana...
-Wszyscy byli Wtajemniczonymi?
-Większość... – przyznał Robson, choć niechętnie. – Ale gdy zniknęli, zwiali także inni urzędnicy, bo... bali się, że... no... mieli jakieś układy z... z Wtajemniczonymi...
-Jakie układy? – pytał dalej Cody, podchodząc bliżej, co wywołało u Robsona atak paniki.
-Nie wiem, proszę pana! – pisnął wampir, kuląc się odruchowo. – Nie byłem Wtajemniczonym, nie miałem z nimi nic wspólnego, proszę pana! Niczego mi nie zdradzano.
-Ale skoro ich już nie ma, to znaczy, że wszystkie te układy są unieważnione? – wtrącił Noxar. – Dokąd oni wszyscy... zwiali, że tak to ująłeś?
-Z tego co mi wiadomo, to do Miasta Zachodniego... Ale nie jestem pewien, proszę pana.
-Kiedy indziej się tym zajmiemy. – przerwał Cody. – Na razie trzeba zaprowadzić tu nowy porządek. Słuchaj no, Ludo, Ludovic Robson, co jesteś-byłeś Skarbnikiem.
-T-tak, panie McCook?
-Usiądź i uspokój się nieco. Noxar, czy mógłbyś iść do aneksu kuchennego i zrobić naszej czwórce herbaty, proszę, dziękuję.
   Noxar wyszedł, a wampir, nadal nieco niespokojnie, usiadł przy stole. To samo uczynili Cody i Harvey.
-To Harvey Sadusky, mój asystent. – oświadczył Cody, wskazując na kuzyna. – Mam także własną sekretarkę, u siebie, w biurze. Ze mną i z tobą, to już cztery osoby w tym urzędzie.
-Z-ze mną?
-Oczywiście. To, że nie ma Wtajemniczonych, nie oznacza, że cię wylano. Chyba, że chcesz złożyć rezygnację, ale tego byś nie chciał, bo mimo wszystko dobrze jest mieć stałą posadkę, nie uważasz?
-T-tak, proszę pana...
-Chcę zebrać nowych członków Rady, a pan, panie Robson, jest moją nadzieją, bo należał pan do Rady i wie, kogo potrzebujemy.
   Nastała cisza. Robson poczuł się zobowiązany, do powiedzenia, więc otworzył usta, ale Cody go ubiegł, więc usta zamknął.
-Pierwsze co zrobiłem, to kazałem strażnikom stanąć przy Ścianie, żeby pilnowali portali. Ktoś to musi robić, prawda?
-Tak, proszę pana, to dobry ruch z pana strony. – wampir gorliwie pokiwał głową.
-Ktoś jednak musi przejąć moją starą funkcję, gdyż, jako przywódca, nie mogę już jej dalej wykonywać. Kiedyś byłem zastępcą Dowódcy Straży. Nie wszyscy zastępcy mają prawo wchodzić na zebrania Rady, tak, jak ich pracodawcy. Jako Wtajemniczony wiedziałem to i owo, ale wciąż potrzebuję pańskiej pomocy. Jak pan myśli, kto mógłby zostać nowym Dowódcą Straży? To musi być ktoś, kto utrzyma tu ład i porządek... jako taki. Bez Straży dojdzie do anarchii.
   Przyszedł Noxar, trzymając tacę z czterema filiżankami i czajnikiem z herbatą. Postawił ją na stole, po czym sam zajął miejsce po lewej stronie Cody'ego. Wilkołaki i wampir wzięli swoje filiżanki. Przez chwilę było cicho.
-Myślę, że jakiś kotołak świetnie spełniłby tą funkcję. – zaryzykował w końcu Robson. Cody obdarzył go zachęcającym uśmiechem.
-Bardzo ciekawa idea.
   Harvey wyciągnął notatki i zaczął notować. Robson niepewnie zerknął w jego stronę.
-Musimy coś zrobić z Laboratoriami. – odezwał się Sadusky, po raz pierwszy od dłuższego czasu. – Jest ich całkiem sporo na terenach Pustkowia... Tam nadal są eksperymenty.
-Tą funkcję pełnił Przełożony, on odpowiadał za... – zaczął Ludovic.
-Wiem, JA byłem Przełożonym. – Harvey spojrzał na niego zza notatek. TO spojrzenie mogło pokonać silnego smoka, nie mówiąc o biednym, znerwicowanym Robsonie.
   Noxar nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu. Cody odchrząknął.
-Myślę, że skoro nie ma już Wtajemniczonych, funkcja Przełożonego nie jest dłużej potrzebna. Możesz kazać pozostałym jajogłowym, żeby odłączyli eksperymenty, prawda?
-Mogę. – wyszeptał Harvey, spuszczając wzrok na notatki.
-No i świetnie, a po wszystkim zamkniemy wszystkie laboratoria, a ty będziesz już tylko i wyłącznie moim zastępcą. – Cody zatarł ręce. Był pełen entuzjazmu. – Panie Robson, niech pan powie, czym jeszcze powinniśmy się zająć.
-Hm, cóż... – wampir nie doszedł jeszcze do siebie, po miażdżącym spojrzeniu Harveya. Przez chwilę myślał, rozpaczliwie szukając odpowiedzi. – Stajnie! Konie, dyliżanse, przewozy... ktoś się musi tym zająć. Transport. Tak, panie McCook. Po mieście możemy się poruszać szybko, ale komu chciałoby się biec aż do Miasta Wschodniego czy Zachodniego? Co więcej, ktoś musi rozwozić listy i przesyłki...
-Seoirse White bardzo chętnie weźmie te robotę. – Harvey nadal notował przebieg rozmowy.
-S... Seoirse White, proszę pana?
-Tak, Seoirse White. – przytaknął Harvey. – Na pewno bardzo się ucieszy.
-I kolejna sprawa załatwiona! A niech mnie, jak szybko to idzie! – Cody wyszczerzył żeby do Noxara, który już prawie dusił się, bo bał się wybuchnąć śmiechem na widok miny Robsona. – No, ale to jeszcze nie koniec. Kogo jeszcze musimy zatrudnić, by zapewnić miastu dobrobyt, panie Robson?
-Hm... Znaczną większością zajmują się Przywódca i jego zastępca... Skarbnik kontroluje przepływ pieniędzy... Są też mniejsze funkcje, nienależące do tego urzędu... Ale potrzeba nam jeszcze kogoś, kto pełniłby funkcje na Powierzchni.
-Na Powierzchni?
-Tak, proszę pana. Wielu z nas żyje na Powierzchni, ukrywając się przed ludźmi. Dlatego mamy też tych, którzy kontrolują wszystko, co się dzieje w Świecie Ludzi. Trzeba wybrać nowego Przedstawiciela Świata Ludzi... – Robson zerknął na Harveya, który pisał zawzięcie. – No i trzeba wybrać Naczelnego Urzędnika od Spraw Pamięci. No wie pan... Czasami zdarzają się wpadki i trzeba je zatuszować.
-Tomaltach Black pracuje w jednym z takich urzędów, w Paryżu. – odezwał się Harvey, nie podnosząc głowy znad notatek. – Jesteśmy mu coś winni. Może on?
-A Przedstawiciel Świata Ludzi? – spytał Noxar.
-Zastanowimy się nad tym. – Cody klasnął w dłonie i spojrzał na zegarek. – Panowie, potrzebujemy jeszcze dwóch członków Rady. Znajdźcie kogoś, a ja już pędzę, bo spóźnię się na spotkanie.
-Jakie spotkanie? – Noxar wymienił z Harveyem spojrzenia, gdy Cody już wyszedł.

-Już myśleliśmy, że nie przyjdziesz... – Jack uśmiechnął się na widok przyjaciela.
-Ale tu jestem. – wysapał McCook. – Jesteście pewni, że...?
-Jesteśmy pewni. – Seth kiwnął głową. – Długa droga przed nami, a tutaj nie mamy już czego szukać. Zresztą, zanim tam dojdziemy...
-Na pewno nie idziesz z nami? – Jack uniósł brwi.
-Na pewno. – Cody obejrzał się, po czym ponownie spojrzał na dwójkę przyjaciół. – Pozdrówcie ode mnie Laurę i wytłumaczcie, dlaczego nie wróciłem z wami. Kiedyś was odwiedzę, obiecuję.
-Będziesz wiedział, gdzie nas szukać, stary. – Seth mocno uścisnął Cody'ego. Potem Jack mocno uścisnął McCookowi rękę. – Nienawidzę pożegnań...
-Wybacz, że nas nie będzie na twoim weselu, Cody. – powiedział Jack. – Z drugiej strony, ty nie będziesz przy narodzinach mojego dziecka, więc jesteśmy kwita.
-Zobaczymy się jeszcze. Obiecuję.
   Uśmiechnęli się do siebie po raz ostatni, po czym Cody odszedł w stronę miasta, a Jack i Seth na Północ.
   Żaden z nich nie obejrzał się za siebie.

Miałem tu zapisać wiele swoich refleksji i anegdot, które wymyśliłem na poczekaniu, podróżując przez Trójkąt.
Wszystkie zapomniałem.


Przy wejściu do jaskini, Laura ze łzami w oczach podała dziecko Jackowi. Mieli córkę.
-Pamiętaj, mamusia cię kocha... – wyszeptała, całując maleństwo w czoło.
   Później otarła dłonią łzy Jacka i pocałowała go po raz ostatni.
-Może za jakieś sto lat się spotkamy... – wyszeptała, posyłając mu delikatny uśmiech. Z jej serca wydobywało się już niebieskie światło. Mijał wyznaczony przez Nią czas. – Zobaczę, co da się zrobić. ...Kocham cię, Jack... – szepnęła, wchodząc do jaskini.
-Ale ja ciebie bardziej. – powiedział wilkołak, patrząc ze smutkiem jak odchodzi.

Nie da się zapamiętać wszystkiego.
Można co prawa zapamiętać przyjaciół, oraz to, jacy byli.
Ale szczegóły będą cię zacierać, aż pozostaną tylko wspomnieniem.
Dobrym, albo złym.


Rodzina, która kupiła działkę ze zgliszczami domu Hounów, obiecała nie ruszać symbolicznych grobów, które postawiono w ogródku.
   Teraz było tam sześć grobów. Chloe, Toma, Florendy, Klary, Laury i Melodii. Cody sprytnie zapomniał o Wilburze.

Mam czyste sumienie, więc z czystym sumieniem mogę potwierdzić, że wszyscy, z którymi kiedykolwiek się przyjaźniłem, pozostaną w mojej pamięci jako miłe wspomnienia.
WSZYSCY, z którymi KIEDYKOLWIEK się przyjaźniłem.


Jack podał dziecko Heather.
-Wiem, że będziecie mieć własne, ale... – Wolfgang westchnął. – Wychowajcie je tak, jakby to również było wasze. Proszę.
-Gdzie będziesz? – spytał Seth, patrząc, jak Jack odchodzi.
-W pobliżu...

Jestem gotowy, żeby zostawić przeszłość za sobą. Ta podróż wiele mnie nauczyła i sporo we mnie zmieniła... Jestem ciekawy, co tym razem podsunie mi los. Nie wszyscy lubią zmiany. Ale zmiany są częścią wszechświata. Dzieją się ciągle i nieustannie.

Robson wcale nie był bardziej uspokojony niż wcześniej, gdy dowiedział się, że Przywódcą Straży ma być kobieta – Elizabella Estly, kotołaczka. Ludovicowi nie pomogła nawet rozmowa z żoną, bo jego zona także zachwalała ten pomysł. Skoro jest równouprawnienie, to czemu nie? Natomiast Przedstawicielem Świata Ludzi został wilkołak, Gabriel Daring. Mieszkał na Powierzchni i zajmował się głównie podróżowaniem. Wydawał się idealny.

Tak, zmiany są dobre. Teraz na przykład postanowiłem, że skończę moje dzienniki, skoro moja podróż przez jeden z rozdziałów w moim życiu dobiegła końca.
Tak.
Tak zrobię.
- Cody odłożył długopis i zamknął dziennik. Przed nim leżały w sumie trzy niewielkie książeczki. Jego żona i sekretarka, która jak zwykle o tej porze przynosiła mu herbaty, zerknęła na to, co robił.
-Nareszcie je skończyłeś. – zauważyła Alexa.
-Tak. – westchnął.
-Co teraz z nimi zrobisz? Oddasz do wydawnictwa?
-Nie. – Cody z uśmiechem powstał i wziął trzy książeczki do ręki. – Mam lepszy pomysł.
   Podszedł do kosza i wyrzucił je.

175

5 6 3
Download HTML download, 21.2 KB
SORRY! Only in Polish!!!

Nie napisałam rozdziału, który miała napisać ~ElianeSS, nie dałam rady. Jeżeli kiedyś jeszcze będzie chciała, może zrobić podrozdział :shrug:
Napisałam epilog, ale nie wiem, czy go dodam.
Dlatego, że to zakończenie wydaje mi się... dobre. I nie chciałabym go zniszczyć. Jeżeli wymyślę lepsze, dodam epilog.

Przepraszam, że czekaliście tak długo, po to, by się dowiedzieć, że to koniec... koniec opowiadania.

Enjoi.

Details

Stats

Submitted on
February 2, 2012
File Size
21.2 KB
Views
175
Favourites
5 (who?)
Comments
6
Downloads
3
URL
Thumb
Only verified accounts can report policy violations. Please check your email and click on the verification link.
* Required field
Add a Comment:
 
:iconelfsonix:
~elfsonix Feb 3, 2012  Hobbyist Traditional Artist
To już jest koniec i nie ma już nic, jesteśmy wol... Nie wYrzUca sIę ksiĄżeK do koszA! D:
Reply
:iconexorina888:
~exorina888 Feb 2, 2012  Hobbyist Digital Artist
To już jest koniec ....
Reply
:iconhaverne:
To jest już koniec, nie ma już nic, jesteśmy woli, możemy iść...
A jak ma na imię córka Laury i Jacka?
Reply
:iconwhitebag:
~WhiteBAG Feb 2, 2012  Hobbyist Digital Artist
Jest powiedziane w epilogu, ale naprawdę nie wiem, czy go dodam :P
Reply
:iconhaverne:
Dodaj! Proszę :o
Reply
:iconshiyuukii:
~Shiyuukii Feb 2, 2012  Hobbyist Traditional Artist
To już koniec O.O
:<
Reply
Add a Comment: