Rozdział 1 – Nieudacznik
Jeżeli w Mieście Wschodnim było coś, czego nie było w żadnym innym mieście trójkąckim, to był to na pewno Sierociniec. Nora Lloyd pracowała w nim, zanim jeszcze znalazła prace u Hounów, ale to było dawno, dawno temu. Teraz Sierocińcem władał pan Arthur Matthew, faun. Był on bardzo wysoki, nawet jak na fauna. Zaczął tu pracę całkiem przypadkiem, ale pokochał ją z całego serca. Opiekował się naprawdę wspaniałymi dzieciakami, które z jakiegoś powodu nie miały równie wspaniałych rodziców. Oczywiście pamiętał, żeby nie być dla tych dzieci zbyt miłym – bo wtedy uznałyby go za ojca i nie chciałyby odejść, gdyby nadarzyła się okazja adopcji. Osobiście uważał, że radził sobie całkiem nieźle, jak na mężczyznę – zwykle to kobiety zajmowały się niańczeniem. Wiele dzieci znalazło już dom właśnie dzięki faunowi. Był wtedy bardzo z siebie dumny.
Arthur Matthew uwielbiał organizować z dziećmi różne przyjęcia. Na przykład teraz. Zamierzał zorganizować niewielką potańcówkę, żeby rozerwać dzieciaki, które ostatnio chodziły po Sierocińcu lekko przybite samotnością.
-Tak, tak, zabierzcie te balony właśnie tam. – mówił do podopiecznych, którzy z radością mu pomagali. – O tak, myślę, że soki powinny stać właśnie tam... Macie muzykę, dobrze... Zaraz... A kto przynosi szklanki?
Nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zrobiło się cicho. Dzieci popatrzyły na siebie tak, jakby zaraz miało wydarzyć się coś strasznego.
-Panie Matthew... – pisnęła mała wampirzyca, ciągnąc go za rękaw koszuli.
-Wiesz może kto miał przynieść szklanki, mała? – spytał faun, spokojnym tonem.
-Ja myślę... – dziewczynka unikała jego wzroku. – Że to był... Fella.
-Fella. – powtórzył pan Matthew. – Fella?! – powtórzył raz jeszcze, tym razem ze zgrozą.
Nagle rozległ się dźwięk, którego Arthur obawiał się najbardziej.
Dźwięk tłuczonego szkła.
Jednak cóż to był za dźwięk!
Jakby naraz wszyscy w całym mieście zaczęli tłuc szklanki, talerze i wazy, a dźwięk ten potęgował się gromkim, głośnym echem, rozbrzmiewającym w sali dziennej.
Wreszcie ucichł.
Wszyscy powoli spojrzeli w stronę drzwi do aneksu kuchennego.
O tak, według Arthura wszystkie dzieci z Sierocińca były wspaniałe. Ale był wyjątek.
Fella stał, wytrzeszczając oczy z przerażenia i trzymając w rękach tacę, na której stała jedna jedyna szklanka. Cała reszta leżała potłuczona, dookoła jego stóp.
-Ups... – pisnął chłopiec.
Nikt już nie pamiętał jak nazywano go na samym początku. Ktoś kiedyś zaczął na niego wołać Fella, i tak już zostało. Fella był nastoletnim wilkołakiem. Nikt nie wiedział skąd wziął się w sierocińcu, on po prostu już tam był. I zawsze nosił ten przydługi sweter w paski. I chustkę w kratkę, przewiązaną na szyi. Oraz wysokie, czerwone trampki. Jego puszyste włosy i uszy upodabniały go trochę do pudla, jak zresztą także czasem go przezywano.
Nie był zbyt lubiany ani wśród dzieci ani wśród dorosłych. W Sierocińcu nie było wielu nastolatków – a jeżeli byli, to z nim nie gadali. Jednak naprawdę było ich bardzo mało, bo większość dzieci zostało adoptowanych przed osiągnięciem wieku nastoletniego. Fella był więc bardzo samotny. Dlaczego? Bo miał dwie lewe ręce. Nieważne za co się wziął, zawsze wszystko knocił. Nieczęsto powierzano mu jakieś zadania w obawie, by tego nie zepsuł.
Na przykład teraz.
Rozejrzał się po twarzach dzieci. Niektóre kręciły głowami, inne wręcz ziały wrogością. Pan Arthur Matthew zamrugał szybko i odwrócił się w jego stronę. Fella nie chciał go zawieść. Nigdy nikogo nie chciał zawieść. Zawsze tak jakoś samo wychodziło, że niszczył wszystko, czego się dotknął.
-Fella... – zaczął pan Matthew, ale chłopiec przygryzł wargę, położył na ziemi, przed sobą, tacę ze szklanką (bardzo, bardzo ostrożnie), po czym wybiegł z sali dziennej.
A teraz siedział na podłodze, w swoim małym pokoju i rzucał niewielką, żółtą piłką o ścianę. Kiedy się odbijała, próbował ją łapać, ale zwykle uciekała mu spod palców i rozbijała się na ścianie za nim. Niczego nie potrafił zrobić porządnie, nawet piłki nie umiał złapać. Zupełnie jakby los uwziął się na niego. Westchnął, zdołowany.
W końcu Arthur wszedł do jego pokoju, zamknął cicho drzwi za sobą i usiadł na łóżku.
-Fella. – westchnął faun. – I co ja mam z tobą zrobić?...
Fella milczał, skrywając twarz w ramionach.
-Dobrze wiesz, że nie możesz tu siedzieć wiecznie. Ktoś w końcu musi cię zaadoptować.
Fella nie zamierzał odpowiadać. Przynajmniej na razie.
-W zeszłym tygodniu pani Dearheart wybiegła stąd tak obrażona, że nie chciała ze mną zamienić paru słów, do tej pory nie chce. ...Za to trzy tygodnie temu pani Kowalska dosłownie wyleciała stąd, z płonącymi włosami!
-To był wypadek! – krzyknął Fella zdołowany i upokorzony. – Słowo! Chciała wiedzieć, czy umiem posługiwać się zapalniczką, skąd miałem wiedzieć, że...
-Och, Fella... – pan Matthew pokręcił głową.
Siedzieli przez moment w ciszy. W końcu faun wpadł na pewien pomysł.
-Za niecały tydzień Duncan Robinson urządza jakąś paradę. Może gdybyś... no nie wiem...
-Zrobił na kimś wrażenie, to wtedy ktoś by mnie adoptował? – wyprzedził go Fella z nadzieją w oczach. Popatrzył na Arthura takim błagalnym wzrokiem, że szkoda było mu odmówić.
-Nie, raczej... – faun zastanowił się. - Jeżeli zachowywałbyś się na niej grzecznie...
-Na pewno ktoś mnie adoptuje na tej paradzie, daje panu słowo!
-Oj, Fella... Tylko proszę cię, bez żadnych szaleństw, zgoda? – Arthur podźwignął się z łóżka. – Po prostu... Po prostu... – westchnął i zlustrował chłopca pustym wzrokiem. – Postaraj się wypaść dobrze, zgoda?
Mieszkańcy Miasta Wschodniego lubili dobrze się zabawić, ot tak, bez powodu. Mieli do tego warunki. A jeżeli ktoś próbował odnaleźć powód, zapewne byłby to fakt, że są najładniejszym miastem spod Ściany w tym roku. I w poprzednim roku też. I w następnym. I zwykle zawsze.
Na ulice wychodzili różni tancerze, dzieci przebierały się w kolorowe stroje, grajkowie popisywali się przed tłumem, niektórzy chodzili nawet na szczudłach, ale większość po prostu się uśmiechała i spotykała ze znajomymi.
Większość pań poszturchiwało się znacząco i pokazywało sobie nawzajem Arthura Matthewa. To ten przystojny faun... Gdzie pracuje? W Sierocińcu. W Sierocińcu? W takim razie musi bardzo dobry w wychowywaniu dzieci...
Fella stał przy głównej ulicy, razem z innymi dzieciakami. Miał nieodparte wrażenie, że nikt nie ma ochoty stać obok niego. Nikt nie ocierał się o niego ramieniem, wszyscy zachowywali bezpieczny dystans.
Nie rozpaczaj, Fella – pomyślał chłopak – może dzięki temu staniesz się bardziej zauważalny.
Akurat obok niego przechodzili artyści na szczudłach. Kolorowe konfetti sypało się dookoła, tworząc na ulicy piękny dywan. Za artystami jechał niewielki, ale nienagannie czarny podest ciągnięty przez dwa piękne, czarne pegazy. Na podeście stało wielkie krzesło, czarne rzecz jasna, a na krześle siedział Duncan Robinson, pijąc koktajl przez słomkę. Słomka była oczywiście czarna. Koktajl czerwony.
Zanim Robinson objął panowanie nad miastem, rządzili tu Wtajemniczeni. Już wtedy miasto było ładne i zadbane, ale odkąd Wtajemniczeni zniknęli, a Robinson pojawił się, niespodziewanie zaczęło być jeszcze lepiej. Inkub był wizjonerem. Myślał na swój własny sposób, i między innymi właśnie dlatego zyskał sobie szacunek.
Fella patrzył, jak podest powoli zmierza w ich kierunku.
Kątem oka dostrzegł, jak jednemu z artystów upadł kapelusz. Artystą był jakiś strzygoń, chodzący na szczudłach. Chyba nawet nie zauważył, że stracił element swojego kolorowego stroju.
-Proszę pana! – krzyknął Fella, jednak zagłuszył go tłum. – Proszę pana, pański kapelusz!
Zerknął w stronę pana Matthewa, który akurat był zajęty rozmową z jakąś damą. Młody wilkołak w jednej sekundzie podjął decyzję.
Nie wiedział, że to, co za chwile zrobi, na zawsze odmieni jego życie.
Wybiegł z tłumu i wpadł na ulicę.
Nie był pewien, co go do tego zmusiło. Taki już był. Kierowała nim chęć pomocy innym. Pochwycił kapelusz.
-Uważaj, mały! – krzyknął głos, wysoko, wysoko nad nim.
Fella podniósł wzrok i ujrzał dwa długie patyki odziane w spodnie w paski. A jeden z patyków miał zamiar całkiem przypadkowo na niego nastąpić.
-Fella! – usłyszał swoje imię. No tak, to zapewne pan Matthew...
Tłum podniósł wrzawę.
Chłopiec padł na bruk i przeturlał się w bok.
Szczudło wbiło się w ziemię tuż przed jego nosem.
Artyści z krzykiem zaczęli wpadać na siebie.
Kilku z nich zachwiało się niebezpiecznie.
Fella ścisnął kapelusz w dłoniach, patrząc na całe to zamieszanie.
A wszystko to przez niego.
Nie, nie, nie!
Wcisnął kapelusz na głowę, zasłaniając sobie rondem oczy.
Nie mógł na to patrzeć.
Mały wilkołak leżał skulony na ulicy, wśród przewracających się artystów.
Nie widział, że jeden, a może nawet dwóch, zaraz upadnie na niego.
Nie widział skrzydlatego cienia, podrywającego się w jednej sekundzie do lotu, lawirującego między szczudłami.
Ktoś złapał go za bluzę na karku i uniósł do góry.
Fella zacisnął zęby, kiedy świat dookoła niego zawirował.
Po chwili stał na nogach.
Ale jak to się stało?
Ostrożnie wyjrzał spod ronda jego nowego nakrycia głowy. Nie potrafił patrzeć na cały ten bałagan na ulicy. Połamane szczudła. Ciała, nie potrafiące się podnieść. Tłum. Tłum! TŁUM! Wszyscy patrzyli na niego, absolutnie wszyscy! Jedynie Arthur Matthew odwrócił wzrok. Duncan Robinson puścił jego bluzę, oddychając głośno. Fella bał się na niego spojrzeć.
Chłopiec przygryzł wargę, odwrócił się i uciekł.
CDN
Ej, jaki ciamajda~!
Ej, kocham go~!!
Ustawie go sobie jako avatar na gg <333
Najbardziej podobał mi się chyba fragment;
"-Ja myślę... – dziewczynka unikała jego wzroku. – Że to był... Fella.
-Fella. – powtórzył pan Matthew. – Fella?! – powtórzył raz jeszcze, tym razem ze zgrozą.
Nagle rozległ się dźwięk, którego Arthur obawiał się najbardziej.
Dźwięk tłuczonego szkła.
Jednak cóż to był za dźwięk!
Jakby naraz wszyscy w całym mieście zaczęli tłuc szklanki, talerze i wazy, a dźwięk ten potęgował się gromkim, głośnym echem, rozbrzmiewającym w sali dziennej."
Ciekawie się zapowiada, czekam na następne rozdziały!