deviant art

Deviant Login Shop  Join deviantART for FREE Take the Tour
[x]
Download File
HTML, 20.2 KB
more ▶

More from ~WhiteBAG

Featured in Groups:

Details

May 2, 2012
20.2 KB
Link
Thumb

Statistics

Comments: 4
Favourites: 5 [who?]

Views: 137 (0 today)
Downloads: 2 (0 today)
[x]
Rozdział 10 - Szczęście

Sawyer miał mętlik w głowie.
   Wrócił do Walshów, którzy stali przy bezgłowych zwłokach sprzedawcy, starając się na nie nie patrzeć. Lisołaki spojrzały po sobie, nie wiedząc co robić dalej.
-Cóż... – Sawyer zerknął na martwego właściciela sklepu. – Jedno jest pewne.
-Mianowicie co? – spytała Sophie, czując, jak ją mdli.
-Ktoś załatwił jedyną osobę, która mogła oczyścić panią Lloyd z postawionych jej zarzutów. A to znaczy również... że ktoś nie chce, żebyśmy dowiedzieli się prawdy.
-Widziałeś może kto to zrobił? – spytał Derek.
-Nie. Nie widziałem sprawcy. Jedynie kosę. A to już jakiś trop. – zamyślony Calvin wyszedł ze sklepu, a Walshowie z ulgą podążyli za nim. – Jeżeli uda się nam ustalić, kto używa kosy do popełniania przestępstw, znajdziemy zabójcę! A na razie... zawiadommy Simpsona o zgonie tamtego biedaka... i znajdźmy jakąś gospodę z wolnymi pokojami. Jestem padnięty, mam już dosyć na dzisiaj. Od jutra rana zaczynamy nasz pościg.

Rankiem Gladys podarowała Felli niewielkie pudełko.
-W środku jest wysuszona siedmiorniczka. – oświadczyła z uśmiechem.
-Siedmiorniczka? – powtórzył chłopiec, uchylając wieczko. Nie różniła się niczym od zwykłej, małej ośmiornicy, oprócz tego, że miała siedem ramion.
-Czasami rybacy wyławiają takie okazy, a potem suszą i sprzedają. Ponoć przynoszą szczęście. Weź.
-Dziękuję ci, Gladys. – Fella także się uśmiechnął. Uśmiech nieco zbladł, gdy Evan zaczął nieufnie obwąchiwać pudełko. Fella schował je do kieszeni.
   Pani Armstrong obdarowała chłopców bardzo hojnie, jeśli chodziło o prowiant, a siedmiorniczka była dodatkowym podarunkiem – w sam raz, żeby powiedzieć „dowidzenia".
   Pożegnali się więc z Gladys, która miała łzy w oczach, kiedy odjeżdżali.
-Wiesz, trochę mi smutno, że ją zostawiamy. Była bardzo miła. – wyznał wilkołak, kiedy jechali drogą przez las.
-Skup się na zadaniu, bo cię pożrę. – odwarknął Evan.
-Co ci jest? Od rana masz nienajlepszy humor.
-Nic mi nie jest! – szczeknął Evan. – Odczep się!
-Dobra, jak tam chcesz... – Fella zerknął na niego, po czym ponaglił konie. Do Miasta Zachodniego jeszcze kupa drogi. Ale jeżeli się pospieszą, będą tam pod wieczór.

Jack&Jill nie była gospodą szczególnie zatłoczoną o tej porze roku. Sawyer bez trudu dostał w recepcji trzy pokoje, ale już bez wyżywienia wliczonego w cenę.
-Trzeba się będzie pospieszyć z tym szukaniem. – powiedział wczesnym rankiem przy śniadaniu złożonego z nadsmalonych tostów i sera, który próbował czmychnąć. – Bo nie starczy nam forsy na jedzenie.
-Ja tam mogę w ogóle nie jeść. – skrzywiła się Sophie, kątem oka obserwując, jak jej ser znika po drugiej stronie stołu.
   Po tym jakże sycącym posiłku, lisołaki powróciły do recepcji.
-Przepraszam pana... – zaczął Sawyer.
-Chwileczkę... – gospodarz przeglądał właśnie listę gości.
-Chcielibyśmy tylko zasięgnąć informacji.
   Wilkołaczy gospodarz zerknął na nich chytrze.
-Jak bardzo to dla ciebie ważne?
-Niezbyt. – wtrącił Derek, zanim Sawyer zdążył cokolwiek powiedzieć. Ten wilkołak mógłby żądać od nich pieniędzy za udzielenie informacji. – To tak tylko z ciekawości.
-Hm, o co chodzi? – burknął wilkołak, zamykając księgę gości.
-Czy zna pan kogoś w tym mieście, kto chodzi z kosą na ramieniu? – spytał Calvin.
   Tamten zastanowił się.
-Chyba tylko Vincent przychodzi mi do głowy. – odparł, drapiąc się po kilkudniowym zaroście.
-Świetnie! Gdzie możemy go znaleźć? – spytał Derek.
-Nie jestem pewny. Mam wrażenie, że mieszka niedaleko, kilka przecznic od Krwawego Kotka... Nie, naprawdę, nie mam pojęcia, musielibyście popytać w tamtej okolicy.
   Sawyer i Derek kiwnęli głowami i wyszli, jedynie Sophie miała tyle przyzwoitości, by rzucić:
-Dzięki!
   Ruszyli więc z powrotem w stronę osiedla Krwawego Kotka. Popytali trochę przechodniów, aż znaleźli mieszkanie Vincenta, faktycznie, kilka przecznic od osiedla, jak to mówił gospodarz Jack&Jill. Sawyer zapukał do drzwi.
   Odpowiedziała mu cisza.
-Może nikogo nie ma w domu? – zasugerowała Sophie.
-Tym lepiej, chodźmy stąd, wcale mi się to nie podoba. – dodał Derek, rozglądając się po zimnej, ponurej klatce schodowej. Był pewien, że wchodząc po schodach, widział na ścianach plamki zakrzepłej krwi. – Przecież skoro ten cały Vincent JEST tym mordercą, to... no...
-Lepiej nie wchodzić mu w drogę. – dokończyła Sophie. – Popieram. Chodźmy.
   Sawyer w odpowiedzi jedynie zastukał do drzwi mocniej.
-Ciszej, bo jeszcze usłyszy...! – pisnął Derek, czując, jak coś podchodzi mu do gardła. – Przecież sam widziałeś jak załatwił tamtego sprzedawcę! Nie chcę być kolejny!
   Calvin po raz kolejny uniósł zaciśniętą pięść. Stuk, stuk, STUK!
-Spadam stąd. – mruknął Derek. – Mam życie do przeżycia.
-Nigdzie nie pójdziesz, dopóki nie spłacisz długu! – warknął Calvin, odwracając się, by na niego spojrzeć..
   I wtedy drzwi z wolna otworzyły się, mocno skrzypiąc. Derek i Sophie krzyknęli krótko. Sawyer powoli odwrócił się, by zobaczyć kto w nich stoi.
   I zobaczył wtedy istotę nie z tego świata. Które przerażało już samym jej spojrzeniem czerwonych, żarzących się punkcików, osadzonych gdzieś głęboko w pustych oczodołach nagiej czaszki, skrytej pod kapturem...
   ...dresu?
   Niemal dało się wyczuć, ze Derek i Sophie wstrzymali oddech. Sawyer zamrugał szybko.
-Dzień dobry. – powiedział Śmierć.
-Och! – wyrwało się Calvinowi. – To znaczy... tak, całkiem dobry, nieprawdaż?
-Co państwa do mnie sprowadza?
-Pan Vincent?
-Tak, to ja.
-W takim razie, chciałbym zadać panu kilka pytań. – powiedział Sawyer, już mniej nerwowo niż poprzednio. Derek i Sophie znów zaczęli oddychać.

Słonko grzało, wiaterek powiewał, a Fella prowadził. Po lewej, daleko, daleko stąd widzieli zarys Miasta Środkowego. Jeszcze daleka droga przed nimi.
-Połowa listów rozwieziona, a jeszcze nie spartaczyłem mojej roboty! – zawołał Fella wesoło. – To się nazywa mieć fart, co nie?
-Fart?
-To inne określenie szczęścia.
-Mówisz, że mamy dużo szczęścia?
-Otóż to.
-I myślisz, że to robota tego pudełeczka, które dała ci Gladys?
-Zauważyłem, że bardzo interesujesz się tym pudełeczkiem.
-Nie! Po prostu nie wierzę, jak głupia siedmiorniczka może przynosić szczęście, to niemożliwe!
-A na jakiej podstawie tak twierdzisz?
-Siedmiorniczki nie przynoszą szczęścia! Wiesz, co je przynosi? Koniczyna! Czterolistna! Właśnie tak! Ona i tylko ona! A nie jakaś tam głupia siedmiorniczka!
-Oj, Evan. Jest mnóstwo rzeczy, które przynoszą szczęście.
-Jak to?
-Tak to. Siedmiorniczka. Koniczyna czterolistna. Podkowa odwrócona do góry. Złapanie się za guzik, kiedy widzi się kominiarza czyszczącego komin. Mnóstwo rzeczy!
-Mnóstwo rzeczy...
-Tak! I tak naprawdę nie są wcale wyjątkowe, to tylko taka symbolika, wiesz.
   Nagle cały świat Felli zawirował. Najpierw coś, co zaczęło głośno warczeć, mocno uderzyło go w bok – tak mocno, że wypuścił lejce i spadł z powozu. Przeturlał się po trawie wraz z Evanem, a kiedy w końcu siła uderzenia zmalała, demon zaczął bić wilkołaka zaciśniętymi pięściami po twarzy i ramionach.
-ODSZCZEKAJ TO, COFNIJ TO, COFNIJ TO!!! – piszczał Evan, a jego włosy przybrały odcień niepokojąco wściekłej czerwieni.
   Fella jeszcze nigdy nie został pobity. Kiedy coś przeskrobał, wszyscy zwykle trzymali się od niego z daleka. Chłopiec jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczył, nie wiedział jak się zachować.
   W końcu jednak, kiedy z nosa buchnęła mu krew, a warga zaczęła z lekka puchnąć, odezwały się w nim instynkty, nabyte jeszcze w czasach, gdy wilkołaki, wampiry i ludzie żyli na tej samej ziemi (czyli jeszcze przed epoką kamienia łupanego). Było to przeczucie, że w sytuacji zagrożenia, należy się albo obronić, albo wiać jak najszybciej się da.
   Nie sądził, by ktokolwiek byłby zdolny obronić się przed Evanem.
   Podkulił nogi, położył stopy na brzuchu demona i mocno się odepchnął. Przeciwnik nawet nie spodziewał się, że ofiara będzie próbowała się bronić – przeleciał kilka metrów, zanim w końcu padł na trawę. Wystarczająco długo, by Fella zdążył wstać i wybrać kierunek ucieczki – okazał się nim powóz. Spłoszone konie gnały przed siebie, byle z dala od Evana. Wilkołak nie był jeszcze pełnoletni, więc nie potrafił osiągać takiej prędkości jak dorosły osobnik jego gatunku.
   Ale wciąż mógł biec bardzo szybko.
   Nie zważając na koboldy, które zaciekawione wyjrzały ze swoich norek, popędził na złamanie karku w stronę pędzącego wozu, oddalającego się z każdą sekundą, wraz ze spłoszonymi końmi, powozem, pocztą i jego szansą na lepsze życie.
   Jeszcze nigdy nie biegał.
   Jeszcze nigdy nie był tak zaskoczony samym sobą.
   Jego stopy uderzały o ziemię, a on sam powoli rozwijał prędkość, o jakiej dorośli ludzie mogliby tylko pomarzyć. Pochylał się ku ziemi, już pędził, już nic nie miało znaczenia, jedynie wóz, który – a niech to! – jakimś cudem doganiał!
   Przytrzymał kapelusz, który chciał mu spaść z głowy. Obejrzał się.
   Evan był bliżej niż sobie to wyobrażał.
   Był to doprawdy zadziwiający widok. Każdy kobold, który wystawił spod ziemi głowę, by sprawdzić, co to za hałasy, natychmiast chował ją z powrotem na widok Bestii. Demon pędził za wilkołakiem na czterech łapach, był niczym wielki, koci drapieżnik, niczym maszyna do zabijania. Jego włosy stały się krótsze, by zmniejszyć opór powietrza, ale wciąż były wściekle czerwone. Evan był wręcz stworzony do biegu na czterech kończynach. Jego łopatki i biodra idealnie współgrały ze sobą, kiedy uderzał dłońmi i stopami o ziemię tak mocno, że zostawały w niej zagłębienia. Zapewne miał w sobie jakieś DNA geparda.
   O tak, wyglądał niesamowicie, kiedy biegł. Ale to nie poprawiało wcale sytuacji, w jakiej znalazł się Fella. Zrozpaczony chłopiec nie widział dla siebie już ani jednego cienia szansy.
-PRZEPRASZAM! – wrzasnął. Wcale tego nie planował, ten krzyk sam wyrwał mu się z płuc. – Nie mam pojęcia co takiego powiedziałem, ale przepraszam i cofam to, co powiedziałem! Cofam to, COFAM TO!!!
   Może Duncanowi Robinsonowi nie chodziło jedynie o szkołę życia dla Evana, przemknęło przez myśl sierocie, może chodziło tu też o szkołę życia dla mnie...
   Nagle stracił Evana z oczu.
   Stracił z oczu cały świat.
   Stracił grunt pod stopami, obijał się jedynie o ściany, wśród ciemności.
   Kiedy w końcu uderzył o ziemię, stracił na chwilę przytomność.
   Odzyskał ją, gdy jakiś kobold zaczął go trącać długim kijem.
-Spadłeś do mojego mieszkania, mały.
-Mały? – powtórzył Fella, mrużąc oczy, przed światłem pochodni trzymanej przez kobolda. – Jestem większy od ciebie!
-Ty nie bądź taki mądry, mały.
-I to nie moja wina, że zostawiliście otwarty tunel prowadzący na Pustkowie. – dodał Fella, już całkiem urażony. – Wpadłem do niego niechcący!
-Jasne, jasne mały.
-Kochanie, kto to? – dobiegło wołanie kobiety, z jakiegoś innego korytarza. – Czy to jakiś Nietoperz? Albo Sowa? Och, mam nadzieję, że nie Lis. A z Kotem, to już w ogóle byłby kłopot. Koza raczej by się tu nie zmieściła, a Demon...
-Nie, to tylko Wilk. – przerwał jej kobold.
-A takim razie wypuść go na Górę. – odparła kobieta. – Mielibyśmy z nim straszne kłopoty.
-Słyszałeś moją żonę, masz sobie stad iść. – warknął kobold i wskazał Felli drzwi do innego tunelu. – Wilki to straszne darmozjady.
-Hej! – wymamrotał oburzony Fella, gdy kobold dosłownie wypchnął go za drzwi. – Proszę mi chociaż powiedzieć jak stąd wyjść! – krzyknął zrozpaczony, gdy znów otoczyła go ciemność.
   Odpowiedziała mu cisza.
-Hej! – krzyknął Fella. Nie mógł w tych tunelach stać prosto, musiał się nieco pochylać. – Gdzie tu jest wyjście? Jest tu kto?! Halo!
   HALO! Halo! Halo...

Derek Walsh bardzo niechętnie przebywał właśnie w tym pokoju, w tym mieszkaniu, w tej kamienicy, w tym mieście, trzymając w dłoni niewielką filiżankę pełną herbaty. Nie byłoby w tej sytuacji nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że herbatę podawał im sam Śmierć, a filiżanka była zdobiona malutkimi czaszkami. Sophie wolała nie myśleć, że takimi samymi czaszkami, tyle, że nieco większymi, udekorowana była sofa na której siedziała ich trójka. Żadne z Walshów starało się nie patrzeć na pokój, gdzie WSZYSTKO, zaczynając od żyrandola, a na wieszaku na kapelusze kończąc, zdobiły małe i duże czaszki, najróżniejszych stworzeń. Calvin Sawyer zdawał się nie zauważać niczego niepokojącego. Derek pomyślał, że jego przyjaciel albo jest niezwykle odważny, albo niezwykle tępy.
-Sam nie piję herbaty, ale trzymam kilka torebek i filiżanek dla ewentualnych gości. Czasem odwiedza mnie taka mała kotołaczka, Luna, żeby posiedzieć, pogadać, dla towarzystwa. Biedaczka nie ma zbyt wielu przyjaciół... – Vincent skrzywił się lekko. – Odwiedzała mnie. Zaginęła kilka dni temu.
-Zgłaszał pan tę sprawę? – spytał Sawyer tak spokojnym tonem, jakby rozmawiał o pogodzie.
-Tak, ale mogę się założyć, że już trafiła do archiwum. – szkielet w dresie, nadal zniesmaczony, usiadł w wielkim rzeźbionym fotelu barwy kości słoniowej. Mebel wyglądał trochę jak tron, a pomiędzy nim a sofą stał niewielki stolik na kawę. – Tak jak to zabójstwo, o którym mowa. Ktoś odrąbał głowę sklepikarzowi, tak? Za coś takiego nie dostaje się nawet upomnienia. To jest Trójkąt, chciałbym przypomnieć.
-Tak wiemy. – Sawyer spokojnie kiwnął głową. – No ale... co z tą kosą?
-Nie mam jej. Kilka setek lat temu straciłem moją posadę. Teraz kto inny wykonuje pracę Śmierci. Ja pozostałem już tylko Vincentem. Musiałem oddać prawdziwą kosę mojemu następcy, ale trochę za nią tęskniłem, więc zrobiłem sobie replikę. Zwykła kosa, bez żadnych specjalnych właściwości odsyłania na Tamten Świat.
-I co się z nią stało? – dociekał Sawyer.
-Sprzedałem ją, dawno temu. Faunowi, który jest teraz chyba miejscowym skrytobójcą. Nazywa się Greg Daley, o ile dobrze pamiętam, zapiszę wam jego adres...

Ktoś złapał go za ramię i pociągnął ze sobą. W ciemnościach Fella nie potrafił dojrzeć kto to. W końcu jednak znalazł się w tunelu z drabiną i jasnym otworem w suficie, rzucającym trochę światła.
   Evan puścił jego ramię, spojrzał na niego i uśmiechnął się szeroko, a jego zielone włosy zafalowały przyjaźnie.
-Dogoniłem powóz i uspokoiłem konie, wiesz? – spytał wesoło. – Możemy ruszać dalej, no chodź! – po czym ruszył w górę po drabinie.
   Fella postanowił nie wspominać już nigdy więcej o siedmiorniczce przy Evanie.
   To przynosiło pecha.

CDN
:iconwhitebag:
SORRY! Only in Polish!!!

I tak oto doszliśmy do rozdziału numer 10 :dummy: A dopiero zaczynam :fear:
Add a Comment:
 
love 1 1 joy 0 0 wow 0 0 mad 0 0 sad 0 0 fear 0 0 neutral 0 0
:iconhaverne:
Mam pewne niejasności...
cytat z ''Retrospekcji" ;

" Poprosił więc Pana o wolną rękę. Propozycję rozpatrzono pozytywnie.
A wtedy On wybrał fragment Oceanu, bo nie chciał przeszkadzać Panu w tworzeniu Ziemi. "

Rozumiem przez to, że Pan tworzył wtedy na ziemi między innymi ludzi.

" A wtedy On wybrał fragment Oceanu, bo nie chciał przeszkadzać Panu w tworzeniu Ziemi.
Zeszedł pod Wodę i zastanowił się nad kształtem tego, co chciał stworzyć.
W końcu zdecydował się na Trójkąt, który tkwiłby we wnętrzu Kuli. "

Trójkąt jest pod ziemią i wodą, więc raczej trudno jest się z wydostać z niego na powierzchnię i w drugą stronę.

" -Tatooo, wsyscy wiedzą jak powstały rózne gatunki... Wilkołaki z ciała i z wilka, inkuby z ciała i z demonów (...) "

Wilkołaki, Inkuby, Demony i całą reszta powstały od razu w Trójkącie.

Skoro ludzie powstali na Ziemi, a inne rasy w Trójkącie ( nie było mowy o tym, żeby Trójkąt i Ziemia był jakoś połączone. A przynajmniej sugeruję się tą myślą, że Trójkąt był bądź co bądź, pod ziemią. ) to zastanawia mnie fragment:

" (...) odezwały się w nim instynkty, nabyte jeszcze w czasach, gdy wilkołaki, wampiry i ludzie żyli na tej samej ziemi (czyli jeszcze przed epoką kamienia łupanego) "

Rozumiem, że od początku Istoty Magiczne żyły w Trójkącie, a ludzie na Ziemi. Wiec jak mogli razem żyć 'na tej samej ziemi' ?
Wiem, że w Trójkącie były też portale, ale uznałam, że to chyba raczej wytwór czyichś (wampirzych, wilkołaczych itd. ) rąk, więc nie było ich tam aż od Epoki Kamienia Łupanego.
____
Przepraszam za takie zawracanie głowy, ale tak jakoś czytając ten rozdział zastanowiło mnie to x)

Eh. Więc teraz można przejść do konkretów;
WHEEE! :la: Nowy Rozdział!
Podoba mi się koncepcja 'siedmiorniczki' jako talizmanu szczęścia. :D
Już sama koncepcja takiego zwierzątka jest oryginalna.
Szkoda mi trochę Gladys, no ale co począć :(
Fajnie też, że pojawił się Vincent :dummy:
Plus zdanie dnia;
" Słonko grzało, wiaterek powiewał, a Fella prowadził. "
Kocham takie zdania, chociaż nie wiem dla czego. :D
Reply
:iconwhitebag:
~WhiteBAG May 2, 2012  Hobbyist Digital Artist
Zastosuję całkiem niezły kontrargument.

"Wtedy Bóg rzekł: Niechaj się stanie światłość! I stała się światłość. Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą. I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy."

Ale przecież wg naukowców na ziemi żyły najpierw dinozaury, a ludzie wyewoluowali z małp, i tak dalej, i tak dalej. :icondunnoplz: Prawda?

Nie. Oficjalna wersja jest taka, że ludzie, wampiry, wilkołaki itd, rozwijali się obok siebie - bo niby czemu są do siebie tacy podobni? Dopiero później, kiedy ludzie zaczęli myśleć w stylu - Hej, a może podbiję tamte ziemie... - wtedy wszyscy nie-ludzie przenieśli się do Trójkąta, który stworzył dla nich On.
A jeżeli chodzi o portale, to trójkątczycy nie mają z nimi nic wspólnego. One otwierają się same, i nikt nie wie dokąd prowadzą, dopóki ktoś tego nie sprawdzi. Jednym z takich przypadków był portal, który przeniósł Blanche Sparrow do parku Mordecaia i Rigby'ego.

Ciekawostką jest, że koboldy są bardzo "religijne", i jak sama zauważyłaś mówią na wilkołaki Wilki. Na wampiry mówią Nietoperze, na strzygi Sowy i tak dalej...

Cieszę się, że moi czytelnicy są uważni, miło się rozmawia na takie tematy C:

Siedmiorniczkę wymyśliła Nathaniel, kuzynka Wiktora. W zasadzie to wymyśliła ją przypadkowo, bo... a zresztą. Zrobię o tym komiks :XD:
Reply
:iconhaverne:
No, to mogę już spać spokojnie ! :dummy:
Dzięki za odpowiedź i czekam na komiks :)
Reply
:iconmikimonster:
~MikiMonster May 2, 2012  Hobbyist Traditional Artist
Jeszcze bardziej go* lubię. :heart:


* czyt. Fella


:trollface:
Reply
Add a Comment: