Rozdział 12 – Pod murami
Fella trzymał lejce raczej niepewnie, bojąc się odezwać. Evan próbował chwytając dłonią przefruwające obok motyle. Wilkołak usiłował zrozumieć umysł swojego kolegi. Nie miał pojęcia jak naukowcy mogli wyprodukować TAKI mózg. Evan bardziej przypominał robota niż jakiekolwiek stworzenie z rozumem, sumieniem czy prawdziwymi uczuciami. Fella zastanawiał się też, czy potrafiłby kiedykolwiek takiemu stworzeniu pomóc.
Kiedy naukowcy tworzyli Evana, nie brali pod uwagę, że kiedyś jakiś Duncan Robinson przybędzie znikąd, obejmie władzę i każe demonowi żyć wśród innych, o nie. Mieli wyraźne instrukcje podane im przez samą Eris. Evan nigdy nie miał zaznać prawdziwych uczuć, czy prawdziwego sumienia. Jego głównymi uczuciami były radość i wściekłość, a cała reszta to jedynie efekty uboczne. Nigdy nie miał mieć sumienia. Miał być maszyną do zabijania, taką, której nie można powstrzymać.
Potrafił namierzyć ofiarę w ułamku sekundy, potrafił biegać niezwykle szybko, był niewiarygodnie zwinny i nie miał prawdziwego sumienia. Został stworzony. Nic w nim nie było prawdziwe. Był jedynie wytworem czyjegoś intelektu. W założeniu, kiedy wybuchłaby wojna, biegałby między siłami wroga, latałby od jednej jednostki do drugiej i uśmiercał tak szybko, że inni nie zdążyliby się zorientować. Był dosyć mały, więc trudno byłoby go zauważyć w gęstym tłumie. No i był dzieckiem. Z założenia nie wolno zabijać dzieci, nieprawdaż?
Ale nie był też zwyczajnym dzieckiem. Fella pomyślał, że z drugiej strony jego towarzysz musi mieć bardzo uporządkowany i prosty umysł, a do tego szybko się uczył i przyswajał nową wiedzę. Miał w głowie wyraźny podział na to co jest dobre, a co jest złe. Jeżeli coś się komuś nie spodobało, to było to złe. Jeżeli nikt się nie czepiał jego poczynań, wtedy były dobre. Czasem jednak te dwie kartoteki mieszały się ze sobą i powstawał straszny bałagan. Co prawda chwilę tylko trwało, by Evan go sobie uporządkował, ale skutki mogły być straszne.
Tak jak dzisiaj.
Przecież mógł mnie zabić, pomyślał Fella wystraszony samą tą myślą.
Więc dlaczego tego nie zrobił?
I dlaczego tak się wściekł?
-Zobacz, zobacz, Miasto jest już niedaleko! Widzisz? – zapiszczał demon, pokazując palcem przed siebie.
Fella spojrzał w tamtym kierunku, zmrużył oczy i wytężył wzrok.
-Widzę tylko mgłę. – przyznał chłopiec.
-Tak, ale ta mgła okrąża cały Kąt Zachodni. – zauważył rozsądnie tamten. – Pospiesz konie, niedługo zajedziemy na miejsce.
Tak naprawdę, to pokonali jeszcze kilka kilometrów, zanim w końcu ujrzeli coś przez mgłę.
-Łał. – wyszeptał Fella, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
Ogólnie nie potrafił uwierzyć w to, co wydarzyło się w ostatnich dniach. Otrzymał ważne zadanie od samego Przywódcy, jakoś sobie poradził z dostarczeniem poczty w Porcie, poznał nowe osobowości, jak na przykład Gladys, czy Evana, a do tego wciąż jeszcze żył!
Ale to – TO – przerastało jego najśmielsze oczekiwania.
Patrzył bowiem na olbrzymi mur, otaczający równie olbrzymie miasto.
I strach zacisnął swoje żelazne palce na jego żołądku, zresztą nie pierwszy raz.
-Nie dam sobie rady. – wymamrotał czując, że Port, w porównaniu z TYM, to była pesteczka.
-Przestań tak mówić, przecież ostatnim razem świetnie sobie poradziłeś.
-Ale... ale... spójrz tylko na to! To metropolia! Jest olbrzymia! Nigdy mi się nie uda roznieść poczty w takim kolosie!
-Przecież możemy zacząć jutro rano. – zauważył Evan rozsądnie. – Patrz. – dodał, wskazując na małą stajnię, która wydawała się śmiesznie mikroskopijna, tuż przy murze. – Możemy przecież tam zaparkować i spędzić noc w dyliżansie.
-Dobrze. – wymamrotał Fella, kierując zmęczone konie w kierunku stajni. Biedak czuł się tak, jakby właśnie mu powiedziano, że następnego dnia umrze.
Co było bardzo prawdopodobne, zważywszy na towarzystwo Evana.
Tymczasem w Jack&Jill trójka lisołaków także szykowała się do spania.
Sawyer był w swoim własnym pokoju i wkładał właśnie koszulę nocną, gdy do jego pokoju zapukała Sophie. Calvin spojrzał przez ramię.
-Wejść. – powiedział tonem, z jakim zwykle zwracał się do Nory.
-Zrobiłam naszej trójce herbaty. – mruknęła lisołaczka, patrząc z ukosa na kolegę.
-Dzięki. – mruknął tamten, patrząc jak Walsh stawia na jego szafce nocnej tacę z filiżanką wypełnioną po brzegi złocistym płynem. – To zabawne.
-Dlaczego?
-Nieważne. – ale sądził, że to naprawdę zabawne, że ruchy Sophie tak bardzo przypominają mu ruchy Nory. – Wiesz, ty i Nora jesteście bardzo do siebie podobne, pod pewnymi względami.
-Nigdy nikogo nie zabiłam. – odparła chłodno.
-Ona też nie. – zauważył Sawyer, siadając na łóżku.
-Fascynujące. – Sophie była już przy drzwiach, kiedy zawahała się i odwróciła. – Mam pytanie dotyczące mojego brata.
-Wal.
-Co to za dług, który musi spłacić?
-Ah, to. – Calvin napił się herbaty, zanim odpowiedział. Sophie czekała przy drzwiach cierpliwie. – Wiesz, jestem w zasadzie dużo młodszy od waszej dwójki.
-No i?
-Kiedyś Derek był w Mieście Wschodnim i uciekał przed kimś.
-On stale przed kimś ucieka. – mruknęła Sophie beznamiętnie. – Ma trochę długów...
-Wiem. Ale wtedy chciano go zabić. Byłem wtedy małym dzieciakiem, bawiłem się na podwórku z moja przyjaciółką Alexą.
-No i?
-Zobaczyłem, że ucieka, więc machnąłem do niego ręką, żeby pobiegł za mną. Wpadliśmy jak huragan do piwnicy, a jego prześladowcy pobiegli dalej. Powiedział, że uratowałem mu skórę, i że ma u mnie dług. – Sawyer urwał na moment, patrząc smętnie na swoją filiżankę. – Tego samego dnia, kiedy Derek już poszedł, pokłóciłem się o to z Alexą. Stwierdziła, że pomagam przestępcom... Wywiązało się małe szamotanie, popchnąłem ją na mur... Zbiła sobie głowę, a nasi rodzice się pokłócili... wkrótce potem ona wyprowadziła się do Miasta Środkowego, a ja zostałem sam. Nigdy nie miałem okazji, żeby ją przeprosić za tamten incydent... – głos Sawyera stawał się coraz cichszy. – Tamtego dnia obiecałem sobie, że już nigdy, przenigdy nie skrzywdzę żadnej kobiety. Nie byłoby dnia, w którym bym tego nie rozpamiętywał... Nie rozumiesz? Ja po prostu muszę uniewinnić Norę... muszę...
-Nie... nie miałam pojęcia... – zaczęła Sophie kulawo. – Przykro mi.
-Idź już. – wyszeptał lisołak, zaciskając palce na filiżance.
Po chwili drzwi zamknęły się cicho.
Rankiem, w momencie, w którym lisołaki opuszczały Miasto Zachodnie, Fella i Evan obudzili się, odbębnili poranną toaletę i ruszyli nieco niepewnie ku bramie Miasta.
Obaj przystanęli i spojrzeli do góry. Fella przełknął ślinę. W głowie mu się zakręciło.
-To jest strasznie duże, co nie? – spytał naiwnie Evan.
-O tak... – Fella potarł ramiona, spuszczając wzrok. – Wielkie jak cholera...
-To na co czekamy? – Evan podszedł do drzwi obok bramy i pociągnął za klamkę.
I nic.
Po chwili w drzwiach otworzyła się klapka na oczy. Odźwierny nikogo nie zobaczył, co wydało mu się podejrzane.
-Tutaj, na dole... – pisnął Fella.
Mężczyzna otworzył szereg zamków, po czym uchylił drzwi.
-Coś wy za jedni?
-Pocztę przywieźliśmy. – powiedział Fella i wskazał na Evana, który niósł worek.
-Chyba sobie żarty robicie. – warknął odźwierny i zatrzasnął im drzwi przed nosem.
-Proszę! – jęknął chłopiec, czując na sobie spojrzenie demona. – To poczta z Miasta Wschodniego i z Portu! Przebyliśmy naprawdę długą drogę, niech nas pan wpuści!
-Wykluczone. – odezwał się głos odźwiernego, który znów uchylił klapkę na oczy.
-Ale dlaczego?
-Pan Wells nie życzy sobie poczty z Miasta Wschodniego.
-Ale czemu?
-Skąd mam wiedzieć? To jego rozkazy. Myślisz, ze po co tu stoję? Płacą mi za to, żebym was nie wpuścił. A w ogóle to co to za pomysł posyłać dzieciaki do Cosmo Wellsa?
-No bo...
-I skąd mam wiedzieć, że w tym worku jest prawdziwa poczta, a nie, powiedzmy, ładunki wybuchowe, hę?
Czując, że to ostatnia szansa, Fella powiedział:
-Będzie pan mógł sprawdzić każdy pakunek!
Odźwierny zawahał się.
-A ile tego macie?
-Niewiele. – skłamał chłopiec. Ten worek był znacznie cięższy od poprzedniego.
Mężczyzna wciąż się wahał.
-A macie jakieś dokumenty?
-Nie, proszę pana. – westchnął wilkołak, spuszczając wzrok. – Jesteśmy sierotami, nie mamy nawet nazwisk. Mieliśmy nadzieję dostać trochę pieniędzy, żeby mieć za co kupić chleb...
Odźwierny zawahał się jeszcze, po czym otworzył drzwi.
-Strasznie mi was żal. – przyznał. – Wiem co to znaczy ciężko pracować, by mieć za co wykarmić siebie i bliskich. Zgoda, wpuszczę was, ale będę musiał sprawdzić każdy pakunek, żeby nie było, jasne?
Fella odetchnął z ulgą. Bycie słodkim zawsze pomaga.
CDN