Rozdział 4 – Początek podróży
Sawyer wyruszył w drogę, kiedy tylko zdobył powóz zaprzężony w dwa pegazy. Proponowano mu jednorożce, ale odmówił. Co to za frajda, jak nie można latać?
Strzelił z bata. Pegazy przebiegły kilka metrów po bruku po czym machnęły skrzydłami i z zawrotną prędkością pomknęły ku niebu, unosząc cały powóz ze sobą. Sawyer nareszcie odetchnął.
Nic nie mogło się równać z tym pędem we włosach po tylu dniach męki w ciasnym biurze. W kilka sekund znów był w górze, znów patrzył na wszystko z innej perspektywy. Z dala Miasto Wschodnie wydało mu się takie śliczne, takie małe. Znów był panem przestworzy, znów latał! Z radości zatoczył niewielkie koło nad domami, po czym skierował lot na Zachód.
Pegazy mknęły przed siebie dosyć szybko. W takim tempie dotrę do Miasta Środkowego jeszcze przed wieczorem! – pomyślał zachwycony Calvin.
Duncan patrzył przez okno w stronę dwóch powozów wyjeżdżających z Miasta. Wszystko szło po jego myśli. Jak zawsze. I Sawyer i Fella byli ważnymi pionkami na jego planszy. Był jeszcze Evan, którego powierzył temu młodszemu pionkowi. Było to dosyć istotne zagranie. Jeżeli Fella, młody chłopiec, nie nauczy Evana, również młodego chłopca, jak żyć w społeczeństwie, to już chyba nikt nie nauczy.
Inkub podszedł do swojego biurka i przesunął pionki na planszy w odpowiednie miejsca.
-Panie Wells, rozgrywkę czas zacząć...
Nie było żadnego pożegnalnego ponczu, ani wiwatów, ani w ogóle nikogo i niczego.
Fella i Evan otrzymali dyliżans, dwa konie (nie dano im jednorożca w obawie, że nie potrafiliby nad nim zapanować – te stworzenia były zbyt niebezpieczne dla dwójki małolatów) oraz olbrzymi wór pełen poczty, po czym po prostu wyjechali z Miasta.
Chociaż – pomyślał wilkołak – może to i lepiej, ze nikt nie wyszedł nas pożegnać. A zresztą nawet jeśli, to nie było nikogo takiego, kto tęskniłby za nimi.
Zerknął w stronę Evana, z uśmiechem wpatrzonego w drogę.
Demon nadal wywoływał u niego strach. Nie mógł się jakoś przyzwyczaić do jego niepokojącego sposobu bycia i wyglądu. Z drugiej jednak strony Duncan mówił, że ta podróż może się okazać niebezpieczna. Jednak w okolicy na pewno nie było nic gorszego od Evana. Ten chłopak mógł być czymś w rodzaju odstraszacza. Fella pomyślał z zadowoleniem, że na pewno nikt nie będzie próbował go zaatakować, jeżeli będzie miał przy sobie Zmiennowłosego.
-Masz jakąś ksywkę, Evan? – spytał Fella nieco nerwowo trzymając za lejce.
-Co to takiego? – spytał tamten, powoli odwracając głowę w jego stronę, nie zmieniając przy tym wyrazu twarzy.
-No... To jest to jak cię nazywają inni.
-Evan.
-No... tak... A jakoś inaczej? No wiesz... Mnie na przykład nazywali Pudlem. – wzdrygnął się na samą myśl. – Nie znosiłem tego przezwiska. A ciebie? Czy nazywali cię jakoś inaczej niż Evan?
-Bestia.
-Och.
-Ja również nie lubiłem tej nazwy. – demon znów wpatrzył się w dal, a jego włosy lekko poczerwieniały.
-Wiec może zostaniemy przy naszych zwykłych imionach.
-Okej! – włosy Evana zmieniły się nagle z czerwonych na zielone, jak światła drogowe.
Fella zastanowił się po co właściwie zaczął ten temat.
Jechali teraz przez Pustkowie. Młody sierota chciał mieć tą misje jak najszybciej za sobą, więc potrząsnął lejcami, by pogonić konie. Powóz dygotał jadąc przez trawy Pustkowia. Fella bardzo, bardzo ostrożnie starał się omijać wyższe pagórki, ale wśród gęstych traw nie potrafił dojrzeć tych mniejszych. Już kilka razy powóz przechylał się niebezpiecznie, albo podskakiwał tak gwałtownie, że chłopcy zderzali się głowami. Fella przepraszał raz po raz, za swoją gapiowatość.
Raz o mały włos, a rozjechałby kobolda, który nagle wyszedł z nory. Malec w porę schował głowę pod ziemię, ratując się przed pędzącymi kołami i kopytami.
-Przepraszam! – usłyszał kobold od strony woźnicy.
Kiedy stworzonko wyjrzało z powrotem znad traw, dostrzegło twarz Evana, który patrzył prosto na kobolda, i oblizywał się. Maluch wytrzeszczył oczy.
-Kiedy dotrzemy do Portu, poszukamy czegoś do jedzenia. – postanowił Fella, kiedy zaburczało mu w brzuchu. – Dostaliśmy od pana Robinsona trochę pieniędzy.
-Pieniędzy?
-To takie... żetony... Którymi płaci się za towary i usługi.
-Płaci się?
-No wiesz... – Fella czasem zapominał, że Evan nie był jeszcze przystosowany do życia w społeczeństwie. – Ty im dajesz pieniądze, a oni dają ci jedzenie w zamian. Albo różne inne rzeczy. Zależy od tego co chcesz kupić.
-A dlaczego nie mogą ci zwyczajnie tego dać?
-No bo... – Fella zastanowił się jaki jest najłatwiejszy sposób wytłumaczeniu Evanowi istoty pieniądza. W końcu poddał się. – Oj, nie wiem czemu! Po prostu już tak jest! Dadzą ci wszystko, jeżeli będziesz miał wystarczająco dużo pieniędzy!
-Ale po co kupować, skoro można samemu zdobyć to, co się chce?
-To nie jest wcale takie proste, Evan.
-Jak to nie? Przecież... Bardzo łatwo jest znaleźć coś do jedzenia. Wybierasz cel, skaczesz na to, kłapiesz zębami i już!
Fella zagapił się. Wóz podskoczył niebezpiecznie i przechylił się nieco na bok. Fella zacisnął zęby ze zgrozy i skupił się na wyrównaniu dyliżansu. Musiał się skupić. Nie mógł zawieść. Musiał zawieść pocztę do Portu, a potem do Miasta Zachodniego.
-Czy wiesz jakie otrzymałem zadanie? – spytał Evan po chwili.
-Nie, a jakie?
-Jeżeli ci się nie powiedzie, mam cię rozszarpać i pożreć.
Słońce chyliło się bardzo powoli ku Wschodowi.
Sawyer widział już z daleka Miasto Środkowe. Strzelił z bata, poganiając pegazy. Co to za frajda, jak nie można lecieć szybciej, bijąc rekordy i czując przy tym tą cudowną wolność?
Wylądował trochę wcześniej, kierując pegazy ku stajni na obrzeżach Miasta. Zeskoczył z powozu i poprowadził rumaki do wnętrza budowli. Na tabliczce przed wejściem odczytał, że właścicielem stajni jest niejaki Seoirse White.
-Panie White? – spytał lisołak od progu. – Dzień dobry! Jest tu kto?
Po chwili z ciemności wynurzył się Seoirse White, który okazał się być wampirem.
-Dzień dobry panu. – przywitał się wampir.
-Czy mogę zostawić tu swoje pegazy i swój powóz na tę noc.
-Oczywiście, po to tu jestem. Zajmę się nimi, panie...
-Sawyer.
-Płaci pan przy odbiorze, panie Sawyer. – powiedział White z uśmiechem, kiedy Calvin przekazał mu lejce. – Miłego pobytu w Mieście Środkowym.
-Skoro już tu jestem... Nie wie pan może gdzie znajdę tego awanturnika, Dereka Walsha? Na pewno pan o nim słyszał.
-Ależ tak, słyszałem. – wampir zastanowił się. – Nie mam pojęcia gdzie może być w tym momencie, ale jeżeli w mieście trwa akurat jakaś awantura (a gdzieś jakaś trwa na pewno), to on na pewno tam jest. Nie przegapiłby okazji do obejrzenia sobie bójki ulicznej.
-Tak, to do niego podobne. Dziękuję bardzo, po pegazy zgłoszę się jutro rano.
Calvin Sawyer wyszedł ze stajni i ruszył żwawym krokiem ku centrum. Chciał znaleźć Dereka Walsha zanim jeszcze zrobi się ciemno.
CDN
Powiedz, że tego nie zrobi
Evan jest zagilbisty
"powiedział White z uśmiechem" -
Będziemy czekać
Za tydzień kolejna część - ale tylko jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli