deviant art

Deviant Login Shop
 Join deviantART for FREE Take the Tour
[x]
Download File
HTML, 17.4 KB
more ▶

More from ~WhiteBAG

Featured in Groups:

Details

April 21, 2012
17.4 KB
Link
Thumb

Statistics

Comments: 3
Favourites: 3 [who?]

Views: 116 (0 today)
Downloads: 1 (0 today)
[x]
Rozdział 7 – Pierwsze kroki

-Jeżeli ty nie możesz, ja będę niósł worek. – zaofiarował się Evan, kiedy Felli udało się dojść do siebie. – Ty będziesz czytał adres i roznosił.
-To chyba nie jest trudne... – westchnął Fella bez przekonania.
   Nikt za bardzo nie przejął się dwójką dziwnych dzieciaków z workiem i własnym dyliżansem. Zapewne widzieli już w swoim życiu dużo ciekawszych turystów. Wilkołak i eksperyment zaparkowali dyliżans w stajni na obrzeżach miasteczka, po czym natychmiast skierowali się do najbliższej restauracji, żeby coś zjeść.
-Ryby. – stwierdził Fella, przeglądając menu. – Nie widzę tu nic innego, jeżeli nie liczyć potrawy nimf, od których przewróciłoby mi się w żołądku. A co ty myślisz?
-Wszystkie ryby są martwe! – poskarżył się Evan, marszcząc nos. Obok nich przeszła właśnie kelnerka, niosąca na tacy kilka rybich potraw.
-No... tak. – zgodził się Fella, nie za bardzo wiedząc, czy go przypadkiem nie urazi.
   Evan wstał od stołu i już zamierzał zwrócić się ku wyjściu, gdy przypomniał sobie o Zasadach. Podszedł do Felli, wytrzeszczając na niego oczy.
-Wychodzę.
-Świetnie. Dokąd?
-Nad jezioro, coś zjeść.
-Zgoda. Idź, a ja... znajdę cię później, okej?
   Evan odwrócił się na pięcie i wyszedł z lokalu. Fella pokręcił głową, kiwnął na kelnerkę i zamówił jedną z potraw.

Sawyer obudził się. Leżał w powozie, obok Sophie i Dereka. Zerwał się, nie bardzo wiedząc jak się tu znalazł. Byli w stajni, wśród innych zaparkowanych wozów.
-A więc dotarliśmy do Miasta Zachodniego...
   Spróbował obudzić Dereka, potrząsając jego ramieniem.
-Wstawaj stary. Trzeba znaleźć tutejszy budynek więzienny i spotkać się z Norą.
-Pięć minut... – wymamrotał Walsh, przewracając się na drugi bok.

Fella podreptał ulicą w stronę Jeziora. Znalazł Evana, klęczącego przy brzegu – trzymał głowę pod wodą i dosyć długo jej nie wyciągał. Wilkołak podszedł bliżej, zaniepokojony.
-Evan?
   Demon natychmiast wyciągnął głowę spod tafli Jeziora i skierował twarz w stronę Felli, który aż odskoczył. Po brodzie eksperymentu spływała krew, a ryba, którą trzymał w zębach, trzepotała się wściekle.
-Evan! – jęknął Fella, rozglądając się dookoła, żeby się upewnić, że nikt inny tego nie widzi.
   Demon zacisnął zęby mocnej, a ryba zatrzepotała się po raz ostatni i znieruchomiała. Evan usiadł na plaży i otrzepał się jak pies, rozsiewając dookoła kropelki wody i krwi. Fella odsunął się na bezpieczną odległość.
-Błagam cię, schowaj mi to! – pisnął sierota. – Żadnej rzeźni na oczach świadków! To kolejna zasada!
   Evan spojrzał na niego kątem oka, po czym wypluł rybę z powrotem do wody i wytarł usta wierzchem dłoni.
-Doprowadź się do porządku! – dodał Fella rozgorączkowany. – Miałeś mi pomoc roznieść listy! Masz pojęcie co by się tu stało, jakby cię ktoś zobaczył?
   Z gardła Evana wydobył się wrogi, gardłowy pomruk, który sprawił, że wszystkie włoski na ciele Felli stanęły dęba. Bał się poruszyć, kiedy Evan nabrał wody w dłonie i zaczął obmywać twarz. Kiedy skończył, Fella przypomniał sobie, że potrafi się ruszać.
-Czyli jak? – spytał wesoło Evan, mierzwiąc sobie włosy, ciągle przemoczone do suchej nitki, jednak wciąż ani trochę nie przestały się poruszać. – Roznosimy te listy, czy nie?

Sawyer, bardzo niepocieszony, wyszedł ze stajni, w towarzystwie Walshów. Stwierdził jednak, że wcale nie znajdują się w Mieście Zachodnim. Przed sobą widział Pustkowie.
-Co jest? – warknął Calvin. – Myślałem, że jesteśmy na miejscu!
-Stary... – odchrząknął Derek. – Może się odwróć, co?
   Lisołak odwrócił się. Jego oczy stały się nagle wielkie i okrągłe, a szczęka mu opadła. Powoli, bardzo powoli, spojrzał w górę.
   Olbrzymi, masywny mur, przy którym stała stajnia, odgradzał całe Miasto Zachodnie od reszty Trójkąta w całym tego słowa znaczeniu.
-Ile to ma metrów?! – wykrzyknął Sawyer.
-Wysokości... – Derek zerknął na mur. – Z jakieś sto... A długości... Czy ja wiem...
-Więc jak dostaniemy się do środka?
-Ehem... Brama. – mruknęła Sophie, wskazując palcem na wjazd. Znajdował się tylko kilka metrów od nich, ale wysokość muru tak przytłoczyła Sawyera, że jej nie zauważył.
-Och.
   Ruszył w stronę wejścia. Jeszcze nigdy nie był w Mieście Zachodnim. Nie wiedział, co mogło go tu spotkać.
   Brama była olbrzymia, drewniana. Tuż obok znajdowały się niewielkie drzwiczki, w sam raz dla kogoś takiego jak Sawyer. Zapukał do nich. W drzwiach na wysokości oczu znajdowała się mała klapka, która w jednym momencie się otworzyła.
-Nazwisko i imię. – burknął głos odźwiernego.
-Sawyer Calvin. A to Walsh Derek i Sophie.
  Przez moment było cicho.
-Powód wizyty.
-Em... Jestem Dowódcą Straży w Mieście Wschodnim. Przebyłem naprawdę długą drogę, by porozmawiać z tutejszym Dowódcą.
   Cisza. W końcu drzwi otworzyły się. Lisołaki weszły do środka. Znaleźli się w długim korytarzu (co znaczyło, że mur jest NAPRAWDĘ gruby) ze światełkiem na jego końcu – zapewne wyjście do miasta. Odźwierny zamknął za nimi drzwi i oświetlił pochodnią.
-Chwileczkę. Proszę okazać dokumenty. Jakieś dowody tożsamości?
   Rodzeństwo Walsh spojrzało po sobie niepewnie. Derek zaczął szperać po kieszeniach. Sawyer okazał Odźwiernemu wampirowi swój dowód.
-Jeżeli macie przy sobie jakąś broń, proszę zostawić ją tutaj...
-Nie trzeba, nie nosimy ze sobą broni. – Sawyer obdarzył wampira uśmiechem. Wiedział, że wszystko da się osiągnąć, jeżeli tylko będzie się uśmiechać dobrodusznie w odpowiednich momentach.
-A wy? – odźwierny spojrzał na Dereka, który podszedł do niego pewnym krokiem.
   Lisołak pokazał odźwiernemu dwa papierki, co trwało nie dłużej niż sekundę, po czym schował je do kieszeni i powiedział z pewną nutą pewności siebie:
-Jestem zastępcą Sawyera, a moja siostra jest jego sekretarką, wątpisz?
   Odźwierny zerknął na Calvina, który zrozumiał w co gra Derek, i pokiwał głową z uspokajającym uśmiechem.
-Nie, absolutnie nie. – odparł pospiesznie wampir. – Em... Miłego pobytu w naszym mieście...! – rzucił jeszcze niepewnie, gdy lisołaki odchodziły już tunelem.
   Kiedy wyszli z tunelu i minęli dwójkę strażników stojących po obu stronach wejścia, ich oczom ukazał się dosyć ciekawy widok. Miasto Zachodnie stanowiło bowiem głównie funkcje użytkową, i miało naprawdę niewielu mieszkańców w porównaniu do, na przykład, Miasta Środkowego. Miasto Zachodnie składało się z niemiłych, ceglanych bloków mieszkaniowych, oraz z zakładów pracy. Równocześnie było to też bardzo ważne miasto dla całego Trójkąta, bo to właśnie tu wytwarzano prąd, czy oczyszczało powietrze, jeżeli raz na jakiś czas dostało się do Trójkąta jakieś skażenie. Wszystkie budynki i wieże były naprawdę wysokie, ale nie tak wysokie jak mur, otaczający miasto. Sawyer gwizdnął z podziwem na widok olbrzymiej wieży ciśnień, która stała niemalże tuż przy wejściu. Od wieży odchodziła wielka pompa, a od pompy rura, która ginęła gdzieś w Ścianie Południowej.
-Robi wrażenie... – wyszeptał Calvin, po czym zwrócił się do Dereka. – A tak właściwie to co pokazałeś odźwiernemu zamiast dokumentów?
-Dwa skradzione kupony rabatowe na rabarbar. – odparł Derek, wzruszając ramionami.

-Najpierw listy do ważniejszych osób. – przypomniał sobie Fella. – Jeżeli mnie pamięć nie myli, to Portem rządzi niejaki nimf Brian Lawson.
   Weszli do największego budynku w Porcie. Evan niósł na plecach worek z pocztą i wyglądał jak chora parodia Świętego Mikołaja. Fella wziął głęboki oddech i zapukał do drzwi z napisem SEKRETARIAT.
-Proszę!
   Fella otworzył nieśmiało drzwi. Za biurkiem siedziała nimfa o piegach i długim nosie. Spojrzała na nich lekceważąco znad papierów.
-Przynieśliśmy pocztę. – wyjaśnił Fella, po czym kazał Evanowi wnieść worek. Nimfa spojrzała nieufanie na Evana. Felli trochę drżały ręce, ale dzielnie przeszperał worek w poszukiwaniu listów i paczek do pana Lawsona, po czym położył je na biurku. – Niech pani wybaczy moje zdenerwowanie... To moja pierwsza praca, i do tego taka odpowiedzialna...
-To zrozumiałe. – odparła nimfa, nieco łagodniejszym tonem.
-A jak się pani nazywa? Może dla pani też się coś znajdzie...
-Buena Lawson. Jestem siostrą naszego burmistrza.
-Och, to wspaniale, mam tu dla pani aż trzy listy! – Fella ostrożnie położył je na biurku nimfy. Szło mu wcale nie najgorzej. – Czy jest w tym budynku ktoś, kto jeszcze mógłby czekać na pocztę?
-No więc... Jest jeszcze Bruce McBrandon, zastępca mojego brata... I Sebastian Cahill, nasz Dowódca Straży.
-Czy przekaże im pani te przesyłki? – spytał Fella, kładąc na biurku stos paczek. – My musimy już iść dalej. Mamy jeszcze mnóstwo roboty, rozumie pani, obowiązki...
-Ależ naturalnie, naturalnie. – zaszczebiotała Buena. – Możesz na mnie liczyć.
-Dziękujemy pani! Do widzenia! – Fella pomachał jej i wyszedł za Evanem z sekretariatu. Evan spojrzał na niego, spod przymrużonych powiek.
-Tak... – skwitował. – To było takie słodkie, że zaraz wyrzygałbym tęczę.
-No co? – Fella wzruszył ramionami. – Nie wiedziałem jak się zachować. Wobec obcych lepiej zawsze grać słodkiego. Sierociniec mnie tego nauczył. A wiesz dlaczego? – dodał, kiedy wyszli z budynku. – Bo zawsze jest większa szansa, że cię adoptują.
-Czy to skuteczne?
-W przypadkach młodszych dzieci. – burknął Fella gorzko. – Są słodsze.
   Evan odchrząknął, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
-To dokąd teraz?
-Teraz po prostu wyjmiemy list na chybił trafił i go dostarczymy.
   Evan położył worek na ziemi i otworzył go, a Fella zaczął losowanie. Wyjął list i przeczytał adres odbiorcy. Podeszli do właściwych drzwi przy Głównej Ulicy i zastukali. Otworzył im nimf o prostym nosie i jasnych włosach.
-Państwo Mulder?
-Tak? – odparł nimf niepewnie.
-Mamy tu kilka przysyłek do Emila, Rose, Olivii i Malrina. – odczytał Fella.
-Ja jestem Marlin. – nimf uśmiechnął się. – Reszta to moja rodzina. Są w domu, przekażę im. Czy mam coś podpisać?
-Raczej nie. Tylko odebrać przesyłki. – Fella podał mu stos paczek i plik listów.
-Super, przyszedł mój zamówiony model statku! Czekałem na niego od miesięcy! Dzięki, super jesteście, naprawdę!
-Nie ma sprawy. – odparł Fella, już odchodząc ulicą razem z Evanem. – Hej, Evan?
-Hm?
-Czujesz to?
-Chodzi ci o zapach ryb?
-Chodzi mi raczej o uśmiechy, które już wywołaliśmy! Jeszcze nigdy nie sprawiłem, że ktoś uśmiechnął się, dzięki mnie! To wspaniałe uczucie!
-Nic takiego nie czuję.
   Ale Fella tego nie dosłyszał.
-Dalej, Evan! Roznieśmy całą pocztę!
-Niewiele paczek już zostało, to małe miasteczko.
-Tym bardziej! Co my tu mamy...
   Zanieśli jeszcze pocztę do państwa Chemiston, którzy czekali na jakieś fiolki. Potem do dwóch centaurów, Philipa i Lucy, którzy mieszkali niedaleko Portu, oraz do pana Roberta Sloth, który był nimfem, ale jego włosy ledwo się poruszały, bo zrobił z nich dredy. W końcu została im już tylko poczta do niejakiej Gladys Armstrong.
   Kiedy zbliżyli się do jej domku stojącego tuż przy stajni, zbliżał się też wieczór.
-Jestem padnięty. – przyznał Fella. – Ale szczęśliwy. Bardzo szczęśliwy.
-Aż tak? – Evan uniósł brwi.
-Po raz pierwszy odwaliłem porządnie robotę. – westchnął chłopiec bardziej do siebie niż do Evana. – Pan Matthew byłby dumny...
   Zastanowił się, jak wygląda twarz Arthura Matthewa, kiedy jest dumny. Widział tą twarz kilka razy, ale nigdy nie była zwrócona w jego stronę. W końcu Fella zapukał do drzwi.
   Czekali tylko chwilę. Otworzyła im młoda nimfa o zielonych, krótko przyciętych włosach, przewiązanych dodatkowo opaską z kokardką. Ubrana była w prostą, szarą sukienkę, która zaskakująco dobrze komponowała się z jej oczami – były tak czerwone, że aż hipnotyzowały.
-Em... roznosimy pocztę. – wymamrotał Fella, kiedy udało mu się odwrócić wzrok i skupić go na worku. Wyjął z niego całą resztę paczek i listów, po czym podał je pani Armstrong.
-Jesteście dość młodzi. – stwierdziła nimfa, marszcząc brwi.
-E... tak.
-Mówicie, że roznosicie pocztę?
-E... tak.
-Ile już roznieśliście?
-Wszystko. – Evan pokazał jej pusty worek.
-Zajęło nam to cały dzień. – dodał Fella, kiwając głową.
-A może chcecie ciasta. – pani Armstrong uśmiechnęła się do nich. To nie było pytanie.
-E... chętnie... – zgodził się Fella ostrożnie.
-Zapraszam do środka. – pani Armstrong odsunęła się, by ich przepuścić. Fella przekroczył próg domu raczej nieśmiało. Evan najpierw obwąchał drzwi, a potem podłogę wewnątrz.
   Gladys Armstrong zamknęła drzwi.

CDN
:iconwhitebag:
SORRY! Only in Polish!!!

Przepraszam za wszystkie literówki/błędy. Pisałam w pośpiechu >u>
:iconlolisa05:
~LoLisa05 Apr 21, 2012  Student Traditional Artist
Po pierwsze...
WOW :O
Nieźle... 3 części :O

Poe drugie... Super :D
Zastanawia mnie ta Gladys...
Ja jestemz ciebie dumna Fello :D
Evanie... nie wolno zjadać ryb prosto z wody! :XD:
Reply
:iconwhitebag:
~WhiteBAG Apr 21, 2012  Hobbyist Digital Artist
Gladys odegra ważną rolę w opowiadaniu :D
Reply
:iconlolisa05:
~LoLisa05 Apr 21, 2012  Student Traditional Artist
Uu :D
Reply
Add a Comment: