Wstęp
Nogi Calvina Sawyera wylądowały na stole, podczas gdy on sam leżał rozwalony na kręconym fotelu.
Nora Lloyd rzuciła ku niemu ukradkowe, pełne swoistego niezadowolenia spojrzenie. Wiedziała, że nie kto inny, jak tylko ona, będzie musiała posprzątać to błoto z blatu. Mogła jedynie zaciskać w dłoni notatnik oraz długopis, i zagryzać zęby. Nowa praca wcale nie była lepsza od starej (czyli od zamiatania w domu państwa Hounów).
-Zanotuj! – to było raczej do niego niepodobne, ale ostatnio Sawyer przywykł do wydawania poleceń. Wszystko przez swojego nowego pracodawcę, Duncana Robinsona. Miał na niego zbyt duży wpływ. – W ciągu ostatnich tygodni wiele się wydarzyło.
-Czy mam pisać słowo po słowie, czy sprawić, by miało to sens? – uprzedziła go pani Lloyd. Przywykła już, że Sawyer często mówił bez ładu i składu.
-Niech to ma jako taki sens. No więc... do naszego pięknego miasta, nie, raczej najpiękniejszego miasta przy ścianie, wprowadziło się ostatnio dużo minotaurów, które przybyły tu aż z dalekiej i dzikiej Północy. Mieszka tu także Lisa, która jest... ten, no... cyklopem, o tak, to jest to słowo. Lisa dużo wprowadziła do naszego Miasta, między innymi galerię sztuki, ale otworzyła nam też oczy. Dzięki niej zastanawiamy się nad połączeniem z Miastem Cyklopów, które leży daleko, za Lasami, przed Górami...
Sawyer był Dowódcą Straży w Mieście Wschodnim i uważał, że nie musiał patrzeć na to, czy mówi naukowym bądź literackim językiem. Kogo to obchodziło?
-Czy mam wspomnieć o dołączeniu się Evana do naszej skromnej załogi? – spytała pani Lloyd tonem, który miał znaczyć, że niewiele ją obchodzi to wszystko.
-Może później. – Sawyer zeskoczył na niewielki, lekko zabłocony dywan i rozciągnął się. Jego gabinet nie był zbyt duży, nie lubił w nim przebywać. Wolał przechadzać się po Kwaterze Głównej Inkubów, udając, że pilnuje porządku. Jeżeli będzie sprawiał dobre wrażenie, kto wie, może wtedy zasłuży na większy pokój?
Budynek nie był tak duży jak Kwatera Wilkołaków w Mieście Środkowym, ale na pewno był ładniejszy. Od reszty budynków w Mieście Wschodnim wyróżniał się jedynie wielkością, a należy wiedzieć, że wszystkie budynki w ów mieście były ładne, zadbane i przytulne, zupełnie jak na obrazku z kartki bożonarodzeniowej, ale bez śniegu. W Trójkącie nie było śniegu. Wszystkie, a przynajmniej większość domów, miały białe ściany i pochyłe dachy, które pokrywały ładne dachówki. Ulice miasta były każdego dnia zamiatane, a wszelkie robactwo pokroju Jeremy'ego Headshota przepędzane. Oczywiście każde porządne miasto ma swojego Jeremy'ego Headshota, ale w tych porządniejszych miastach tego nie widać.
Sawyer był lisołakiem i a w Mieście Wschodnim spędził swoje dzieciństwo. Przez pewien czas pracował dla Wtajemniczonych, którzy wywieźli go do raju – tak mu się przynajmniej zdawało. Rajem były dla niego latające maszyny. Od dziecka marzył o lataniu, kolekcjonował motyle i żuki... raz nawet upolował niewielkiego gołębia, ale wypuścił go po tym, jak matka skrzyczała jego złe zachowanie". Taak... a latające maszyny sprowadzone z Powierzchni były naprawdę wspaniałe. Calvin marzył, że pewnego dnia zostanie zawodowym pilotem. Jednak marzenie trochę zbledło, gdy zdał sobie sprawę, że musiałby latać wśród ludzi, a tego by nie chciał. Ludzie byli straszni. Byli jak Wtajemniczeni. Mogliby przeprowadzić na tobie eksperymenty, ot tak, tylko po to, żeby zobaczyć, co masz w środku. Sawyer zadrżał na samą myśl o tym.
Wtedy myślał, że pracuje w raju. Ale kiedy kazano mu zabić minotaury... Odmówił. Nie mógł postąpić inaczej. Był z siebie dumny, kiedy skazano go na śmierć za niesubordynację. Jednak ktoś postanowił go uratować. W ten sposób poznał Jacka Wolfganga, Setha Browna, Tezeusza i Ariadnę, Kathleen... no i Duncana Robinsona. Dużo się wtedy wydarzyło, nie był pewny, czy zapamiętał i zrozumiał wszystko. Pamiętał, jak Robinson stwierdził, że spędził kilkadziesiąt lat w jednej celi. Dla Sawyera było to nie do pomyślenia. Gdyby on siedział non stop w swoim biurze, już dawno by zwariował. Nie był kimś, kogo dałoby się posadzić na biurkiem. Sawyer musiał chodzić, zwiedzać, obserwować, odkrywać, marzyć! Bo inaczej po co miałby w ogóle się narodzić? Do tego był stworzony!
Wrócił więc do rodzinnego miasta. Był przy tym, kiedy Duncan ogłosił się nowym wodzem i zaczął rozdawać posady. Dziwne, nikt nie protestował. Może dlatego, że wszyscy byli w szoku po pojawieniu się tornad... To ciekawe dlaczego zabrały tylko Wtajemniczonych... Pewnie już nigdy się nie dowie. Calvin został Dowódcą Straży i to mu pasowało. Jego sekretarką została Nora Lloyd, która przedstawiła się mu jako wilkołaczka, która przybyła do tego miasta szukać szczęścia". Cóż. Można i tak.
Lisołak ruszył przed siebie wąskimi uliczkami, tak cudownie innymi od uliczek w Mieście Środkowym. Minął kilka przecznic, aż dotarł w końcu do budynku, który nie różnił się niczym od innych, jeżeli nie liczyć napisu nad wejściem. Napis wszem i wobec ogłaszał, że jest to Galeria Sztuki. Calvin wszedł do środka.
Ścianki działkowe mieszkania zostały usunięte na rzecz jednego, dużego pomieszczenia. Lisa miała małe mieszkanie nad galerią, w którym przebywała tylko, by zaspokoić podstawowe potrzeby jak sen, łazienka, czy, od czasu do czasu, jedzenie. Jako cyklop nie mogła widzieć w trój-wymiarze, dlatego też łatwiej było jej uchwycić istotę obrazu. Malowała ile wlezie. I była w tym naprawdę dobra. Mówiła, że zmiana otoczenia wpłynęła na nią twórczo, a inspirację znajdowała na każdym kroku.
Jak na razie była jedyną cyklopką, mieszkającą pod Ścianą Południową.
Innym obywatelem, który nie do końca tu pasował, był Vincent.
Aktualnie Vincent znajdował się tu, w Galerii, oglądając obrazy, chociaż normalnie mieszkał w Mieście Zachodnim, daleko, daleko stąd. Ogólnie, to powinno go tu w ogóle nie być. Kiedyś był Śmiercią. Jednak ta robota po pewnym czasie znudziła mu się, i wykonywał ją byle jak. Zadecydowano, że jego miejsce zajmie inna Kostucha. I tak oto został bez pracy, tułając się po wieczności. W końcu przybrał postać szkieletu ubranego w dres, i zamieszkał w Trójkącie – miejscu, w którym mieszkały już nie takie dziwactwa jak on. Nadał sobie imię Vincent – po van Goghu, tym malarzu. O tak, bardzo lubił sztukę. Właśnie dlatego tu przybył. Żeby pooglądać sobie obrazy. W żadnym innym Mieście w Trójkącie nie ma Galerii.
Kręciło się tu całkiem sporo osób. Nic dziwnego, wernisaż miał miejsce dzisiaj, całkiem niedawno. Vincent podumał jeszcze przez chwilę nad martwymi naturami, kilkoma plenerami i portretami, po czym wyszedł. Doskonale wiedział, że następnego wernisażu także nie przegapi. W sumie miał mnóstwo wolnego czasu. Mógłby co prawda po prostu się teleportować do domu, ale skoro miał czas...
Ruszył pieszo.
Po dwóch godzinach jego spacerku po Pustkowiu, dogonił, i minął go dyliżans zaprzężony w dwa jednorożce. Vincent zatrzymał się, a dyliżans także.
-Wskakuj pan, co będzie pan pieszo szedł... – zawołał wesoło woźnica-faun. Odwrócił się w stronę Vincenta i dopiero teraz spostrzegł, ze spod kaptura wygląda nie twarz, lecz naga czaszka. Śmierć zawahał się, po czym wsiadł do dyliżansu.
-Do Miasta Zachodniego. – poprosił cicho.
Faun przeżegnał się, po czym strzelił z bata. Konie ruszyły dalej, a Vincent, wewnątrz powozu, rozejrzał się. Oprócz niego siedziała tu jeszcze nieco otyła, możliwe też że nieco starsza lisołaczka (w Trójkącie trudno było ocenić wiek, bo większość miała już dawno po setce), która drzemała, opierając skroń o chłodną szybę. Obok niej siedział znacznie młodszy lisołak o czarnych włosach. Spojrzał niepewnie na Vincenta, kiedy ten usiadł naprzeciw niego. Na miejscu obok Vincenta, a naprzeciwko starszej pani, siedziała Nora Lloyd i patrzyła ukradkiem w stronę Kostuchy.
-Dlaczego jedzie pan do Miasta Zachodniego, nie żeby mnie to specjalnie interesowało? – spytała pani Lloyd.
-Mieszkam tam. – brzmiała cicha odpowiedź.
-Och. Czyli nie jedzie pan... zabrać nikogo?
-Już się tym nie zajmuję.
-Ach tak...
-A pani gdzie jedzie?
-Wracam na weekend do rodziny. Mieszkają w Mieście Zachodnim.
-A ty, chłopaczku? – spytał Śmierć, odwracając głowę w stronę młodego lisołaka.
Wyglądał na nieco wystraszonego. Chyba jeszcze nigdy nie rozmawiał ze Śmiercią.
-Ja i moja ciocia... – wskazał głową na drzemiącą lisołaczkę. – Jedziemy do domu, do Miasta Zachodniego. Wszędzie jeżdżę razem z nią, bo jest niewidoma...
-A co takiego robiliście w Mieście Wschodnim, jeżeli wolno spytać? – spytała pani Lloyd.
Chłopak zmierzył ją nieco gniewnym spojrzeniem.
-Nie będę pani nic mówił, bo pani nie znam.
-I słusznie! – huknął Vincent, a lisołak zrobił się nagle bardzo mały. – Licho nigdy nie śpi!
-Czyli wygląda na to, że wszyscy jedziemy do samego końca trasy. – sprostowała Nora, ziewając. – Wybaczcie mi państwo, mam za sobą ciężki tydzień i chyba... chyba uderzę w kimono... Dobranoc, jeśli się mogę tak wyrazić.
Po chwili lisołak, wystraszony, że zostanie ze Śmiercią sam na sam, również udał, że śpi. Vincent wiedział, że udaje, ale nie przejął się tym. Patrzył przez okno i podziwiał widoki.
CDN
Ja chcieć z tego książkę. Taką, którą mogłabym kupić w empiku <333
A ilu swoich fanów zadowolisz~!
Czekam na pierwszy rozdział!
a opowiadanie zapowiada się interesująco - przeczytam na pewno